29 listopada 2015

Co nam dało przedszkole

We wrześniu Milenka poszła do przedszkola. Miała niecałe 2 lata i 7 miesięcy. 

Prawie całe lato szykowaliśmy ją na ten moment.Opowiadaliśmy jak jest fajnie, że chodzą inne dzieci, razem się bawią, śpiewają, tańczą. Puszczaliśmy bajkę "Kajtuś", która akurat jest o małym przedszkolaku. Efekt był taki, że 1 września wpadła do sali nie oglądając się za siebie, nie mówiąc nawet "Pa, pa!". Po 5 godzinach odebrał ją mąż, bo ja z Jackiem byłam już w drodze do Monachium na umówiony termin konsultacji. Serce mi pękało i bardzo się martwiłam, czy sobie poradzi, ale okazało się, że nie potrzebnie. Przez telefon dowiedziałam się, że nie płakała, nie marudziła, bardzo jej się podobało i chce więcej. 

Droga do przedszkola

Co zyskaliśmy dzięki przedszkolu? Na dzień dzisiejszy mogę stwierdzić, że wiele. Przede wszystkim Milenka pięknie rozwinęła się społecznie. Przedtem nie bardzo potrafiła bawić się z innymi dziećmi. Raczej z boku obserwowała i nie włączała się do zabawy. Teraz ma koleżanki, z którymi bawi się w dom, przedszkole czy lekarza. W piątek w przedszkolu była zabawa "andrzejowa" (tak przechrzciła ją Milenka ;)) i córa była zachwycona. Dalej traktuje obcych z rezerwą, szczególnie dorosłych mężczyzn, ale z tego akurat się cieszę. Natomiast łatwiej jej wejść w kontakt z nowo poznanym dzieckiem. Na przykład dzisiaj w kościele poszła stać z innymi dziećmi przy ołtarzu na kazaniu, co parę miesięcy temu było nie do pomyślenia. 

Po przedszkolnym festynie

Oprócz tego Milenka rozwinęła nowe umiejętności - malowanie, śpiewanie, taniec i wiele innych, których my, rodzice, nie byliśmy w stanie jej pokazać z braku pomysłu i czasu, lub skutecznie do nich zachęcić. Okazuje się bowiem, że dzieci najprędzej uczą się od innych dzieci. Na półce mamy już zbiór prac ręcznych i choć wiadomo, że panie przedszkolanki wykonują większość roboty, to za każdym razem widzę coraz większy wkład własny Milenki. W styczniu będzie też przedstawienie, w którym Milena wystąpi w roli siostry Kopciuszka. Rola co prawda nie mówiona, ale sam udział to już dla niej powód do dumy i ogromnej radości. Tak, myślę, że przedszkole rozwija ją niesamowicie. 


Oczywiście przedszkole to nie same plusy. Po pierwsze zmieniło się zachowanie. Z grzecznej dziewczynki zrobił się wiecznie płaczący przedszkolak. Myślę, że to sposób odreagowania na to, co się dzieje w przedszkolu. Panie ją chwalą, że jest grzeczna, więc w domu widocznie musi dać upust emocjom. A robi to przez płacz... Wystarczy byle stłuczenie i jest ryk. Nie zgodzimy się na jakiś z jej pomysłów i jest ryk. Z czymś nie umie sobie poradzić i jest ryk... Ale może z czasem to minie. W każdym razie codziennie cierpliwość matki wystawiona jest na próbę. I to nie raz.


Jest też kwestia chorowania. O ile cały wrzesień był spokój, tak w październiku się zaczęło. Tydzień choroby, tydzień przedszkola. Kulminacją były dwa pierwsze tygodnie listopada. Osłuchowo czysto, katar do pasa i kaszel. Obyło się bez antybiotyku, głównie dzięki inhalacjom i witaminie C. Od tamtej pory jak na razie nic (odpukać w niemalowane drewno). Najgorzej, że Jacek łapie wirusy od Milenki, a on przechodzi je znacznie gorzej. Zaliczył już zapalenie oskrzeli, a przez to przepadły nam 4 tygodnie rehabilitacji...

Mimo to, lubimy przedszkole. A dodatkowy powód, który przechyla szalę na tak: w końcu mam czas by napić się rano ciepłej kawy! ;)

George ;)

21 listopada 2015

Dawno, dawno temu...

... tu pisałam. Powolutku wracam. Chyba w końcu dojrzałam i zaakceptowałam zmiany, które zaszły w naszym życiu. Chyba jestem gotowa, aby na nowo dzielić się z Wami naszą codziennością. I czasu też mam odrobinę więcej, więc może częściej tu coś skrobnę.

Nie wiem od czego zacząć po takiej przerwie. Dni toczą się swoim rytmem, przyzwyczailiśmy się do naszej odmienności, stała się dla nas normalnością.
 
Milenka ma 2 lata 8 miesięcy, poszła do przedszkola i chętnie tam chodzi. Jedynie często choruje, co bywa denerwujące, szczególnie gdy zarazi brata. Wciąż ma napady buntu, zrobiła się też trochę niezdarna, ale podejrzewam, że tak odreagowuje przedszkole, gdzie podobno jest bardzo grzeczna. Lubi śpiewać, tańczyć i bawić się lalkami. Przy obcych potrzebuje trochę czasu, żeby się rozkręcić, ale w domu to tornado. 

 Jacek ma 11 miesięcy. Jest pogodny, wesoły, dzielny, kochany. Potrafi pełzać i wleźć w najmniejszą dziurę czy szczelinę. Straszny z niego żarłok. Wierzcie mi, nie wiedziałam, że dzieci tak potrafią jeść. Na przykład wczoraj pokroiłam mu placek bananowy, myśląc że będzie dzióbał po kawałku, a on zjadł go garściami w pół sekundy. Dziś rzucił się na banana i normalnie gryzł jak Milenka. W ogóle najbardziej lubi jeść to, co my, żadne zupki dla niemowlaków mu nie podchodzą. Ma 7 ząbków. Mówi: mama, tata, da. 

Co do niepełnosprawności, to stawiamy na rehabilitację. Ćwiczymy, ćwiczymy i tak bez końca. Czasem mam już tego dość, ale innego wyjścia nie ma. Raz w tygodniu jeżdżę do Warszawy, sporadycznie do Katowic. Byliśmy w Monachium na konsultacjach ortopedycznych, wybieramy się w styczniu do Poznania. Ostatnio mąż się śmiał, że w pół roku przejechaliśmy tyle kilometrów, co do tej pory w trzy lata. A pomyśleć, że dwa lata temu wcale nie jeździłam, a wręcz bałam się usiąść za kółkiem. Jak mówi poetka: "Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono"

Tęskniłam za blogiem, za Wami. Czytałam od czasu do czasu, co u Was. Teraz mam nadzieję nadrobić stracony czas. Buziaki :*