27 lutego 2014

Drogi Anonimie siejący postrach w sieci...

Media mają potężną moc. Internet chyba największą, bo każdy może się tu wypowiedzieć i ślad po sobie zostawić. A jaki to ślad... różnie z tym bywa.

W poszukiwaniu informacji na temat szczepienia przeciwko odrze, śwince i różyczce natknęłam się na kilka postów blogowych mam, które wyraziły swoje wątpliwości, co do słuszności tego szczepienia. Czytając pierwszy z tych postów (u Takatyci swoją drogą) przeraziły mnie komentarze pozostawione przez głównie anonimowych czytelników. Czytam, czytam i włos się na głowie jeży: powikłania, autyzm, porażenia kończyn, padaczka, drgawki, zanik mowy, itd. itp. Wpadłam w panikę. No jak to? To ja mam moje dziecko szczepić takim cholerstwem? Ufać lekarzom czy nie ufać? Głos z wewnątrz mówi: szczepić, głosy anonimów z zewnątrz mówią: krzywdę dziecku zrobisz. Nas nie szczepili na te choroby i żyjemy, a Ty chcesz dziecko zainfekować i okaleczyć. 

Pada szereg przykładów powikłań, dziesiątki opisów o chorobach. Bo przecież szczepionki zawierają szkodliwe związki chemiczne - rtęć przede wszystkim, ołów. Bo są skojarzone, to wszak jest jak zmasowany atak na bezbronny układ odpornościowy naszych dopiero co narodzonych dzieci.

A potem drążę i szukam informacji u innych blogerek, bo do większości z tych, które czytam, zaufanie duże mam. I gdzie nie czytam, tam pojawiają się te same anonimowe komentarze. Sieją zamęt, panikę, strach. We mnie też. A do tego poczucie winy, bo jednak coś w środku mówi mi, żeby jednak szczepić. 

Dzielę się z mężem obawami, w pracy wypytuję wszystkich mających starsze dzieci, czy miały powikłania. Jakoś nikt nie miał. Trochę mnie to uspokaja i postanawiam szukać dalej. I dziś znalazłam ulotkę dołączoną do szczepionki:


I jestem już spokojna, bo wiem, że ta szczepionka to nie jest zło. Nie zawiera rtęci, ani też innych szkodliwych środków chemicznych, które mogłyby zagrażać zdrowiu dzieci o normalnej, standardowej odporności. Powikłania - owszem, mogą się pojawić, ale nie tak przerażające, jak te opisane przez "uczynnych" anonimów. W dodatku mogą pojawiać się, gdy odporność dziecka jest osłabiona chorobą, dlatego przed szczepieniem upewnię się, ze Milenka jest na sto procent zdrowa.

Ale, ale... jest jeszcze jedna kwestia - etyka. Okazuje się, że wirus różyczki, który znajduje się w MMR jest hodowany na abordowanym zarodku ludzkim. Gdy to doczytałam byłam w ciężkim szoku. Nie ukrywam, jestem przeciwko aborcji, a tu jeszcze anonimowi komentatorzy donoszą, że komórki do hodowli zostały pobrane z żywego płodu! I myślę, no jak to? W naszym kraju, gdzie lobby kościoła jest dość duże, sprzeciw przeciw aborcji też, dopuszczana jest taka szczepionka??? I jak ja mam szczepić moje dziecko czymś, co zostało uzyskane poprzez aborcję?

Czytam więc dalej. Źródła polsko-języczne są jednak znikome, a każde jedno podaje inne fakty. Na szczęście znajduję artykuły po angielsku. I tak oto dowiaduję się, że aborcje były dobrowolne, a komórki pobrane z już martwych płodów. Nie do końca mnie to uspokaja. Aborcja to aborcja, nawet jeśli jest dobrowolna. Znajduję jednak dokument, który w końcu pozwala zasnąć mi spokojnie: stanowisko Watykanu w sprawie szczepionek pochodzących od abordowanych ludzkich płodów:

http://www.immunize.org/concerns/vaticandocument.htm

W skrócie: Kościół nie pochwala tych szczepionek, uważa za złe korzystanie z abordowanych płodów do medycznych eksperymentów, oraz potępia dystrybucję i marketing szczepionek dzięki nim powstałych. Jednak podkreśla też, że w przypadku, gdy nie ma alternatywy (a w Polsce nie ma) dozwala na szczepienie dzieci przez pediatrów i rodziców, dla dobra społeczeństwa (chodzi o uniknięcie epidemii i zagrożeń życia). Stawia jednak warunek - należy mówić głośno o tym, w jaki sposób szczepionka powstała, aby uświadamiać innych. Należy protestować, aby zmienić system i aby naukowcy nie przestawali w poszukiwaniu szczepionek, które byłyby etyczne i zastąpiły MMR.

Moje wątpliwości zostały rozwiane. Zaszczepię Milenkę, choć jestem przeciw sposobie wytwarzania MMR. A anonimom siejącym panikę w internecie mówię stanowcze NIE!

22 lutego 2014

Matka oszalała!!!

Tak, tak, tak!

Matka oszalała na punkcie .... biegania!
Tak, dobrze przeczytałyście - niemożliwe stało się możliwym :D

A jak się zaczęło? Mniej więcej od pół roku szukałam dla siebie formy aktywności. Najpierw ćwiczyłam w domu z Jillian Michaels, ale po dojściu do wagi sprzed ciąży (no, nie do końca ;)), przestałam ćwiczyć, głównie dlatego, że nie mogłam znaleźć na to chwili wolnego czasu. Cały dzień zajmuje mi praca, potem opieka nad Milenką, potem sprzątanie i inne obowiązki domowe, a późnym wieczorem ochoty na intensywny trening zdecydowanie brak. W późniejszym czasie szukałam zajęć poza domem - najchętniej pilatesu lub zumby. Niestety w mojej okolicy wszystkie kluby sportowe mają zajęcia najpóźniej o 19.00 - jest to pora kąpieli i usypiania Milenki, więc odpada. Na jakiś czas odpuściłam myśl o ćwiczeniach.

Czegoś mi jednak brakowało... Miałam dość tego, że brak mi kondycji, brak sił na zwykłe czynności domowe, brak sił do zabawy z córką. A tak niestety bywało. Bywały dni, kiedy ze zmęczenia leżałam przy Milence na podłodze wpatrując się tępo w zabawki - dołowało mnie to. Nie wspominam nawet o zadyszce, która mnie dopada, przy większym wysiłku fizycznym, czyli na przykład wejściu na trzecie piętro z dzieckiem na rękach. 

I tak właśnie zainteresowałam się bieganiem. Do tej pory byłam przekonana, że to nie dla mnie. Na pewno nie dla mnie. Na milion procent nie dla mnie. Taki wysiłek? Ból nóg, zadyszka, pot na plecach? Na milion pięćset nie dla mnie! Ale... no właśnie, to chyba jeden z nielicznych sportów, które można uprawiać późnym wieczorem, bez ograniczeń sprzętu i pieniędzy. Postanowiłam spróbować. 

Nie ukrywam, że zmotywowało mnie do tego kilka blogujących mam (dwie z nich to Hexe Ana oraz Magda M). Przypomniałam sobie też, że w podstawówce lubiłam biegać na długie dystanse, więc stwierdziłam, że może nie będzie aż tak źle. 

Poczytałam na necie o tym, jak zacząć biegać z głową tak, aby nie zniechęcić się i nie nabawić się kontuzji na starcie. I oto we wtorek poszłam na mój pierwszy trening biegowy. Było super! Nawet nie spodziewałam się, że dam radę, a co dopiero, że mi się spodoba! Dziś jestem po trzecim treningu i miałam po nim takiego powera, że posprzątałam jeszcze łazienki, uporządkowałam stos dokumentów, a teraz piszę post :)))) Zastrzyk energetyczny, którego tak bardzo potrzebowałam!

Póki co mój trening to marszo-bieg przez ledwie 15 minut, a już tak to na mnie działa :) Ćwiczę według planu treningowego: "Od zera do 60 minut ciągłego biegu", który możecie znaleźć pod tym linkiem. Jest tu też cały artykuł o tym, jak zacząć biegać - polecam zainteresowanym. Plan obejmuje 20 tygodni - całkiem sporo, ale już nie mogę się doczekać, kiedy dotrwam do końca. Liczę głównie na to, że moja kondycja znacznie się poprawi. A kilogramy... nie, zgubienie ich to nie jest mój cel, choć pewnie przyjdzie to z czasem. Już nie pamiętam kiedy stałam na wadze, jak dla mnie waga to nie wszystko!

Trzymajcie kciuki, żebym wyrwała! :)))

19 lutego 2014

Rok Milenki

Jaka jest roczna Milenka? To cudowne dziecko :) Z dnia na dzień jestem w niej coraz bardziej zakochana. Nie ma dnia, żeby nie zaskoczyła nas jakąś nowością, czy słodką minką - uwielbiam ją!

Nie mam pojęcia ile waży, pewnie ok. 10,5 kg. Nosi ubranka na 80 cm i ma 6 zębów (kolejne w drodze). 

Jest bardzo pogodną dziewczynką, choć zdarza jej się marudzić i płakać, gdy zęby bolą. Raczkuje na całego, sama staje przy meblach i kanapie, powoli zaczyna przy nich się przemieszczać. Wszędzie zajrzy, nos wściubi, ciekawska z niej panna. Co najchętniej eksploruje? Szufladę pod piekarnikiem, gdzie mama schowała stos rurek do picia (można je przekładać i przerzucać z miejsca na miejsce w nieskończoność) i torbę mamy, gdzie jest tajemniczy portfel, a w nim zdjęcie taty (no jak to, to tata taki mały?). Ach, są jeszcze szuflady z ubraniami. A z nimi to już można dziesiątki rzeczy robić. Od przekładania z prawa na lewo, do zakładania na głowę ;)

Rośnie nam kobietka na całego - lubi się "czesać", czyli głaskać szczotką po głowie, sama nakłada krem paluszkiem wskazującym na swe rączki (robi to naprawdę delikatnie i z wyczuciem), nie ma nic przeciwko wiązaniu czy splataniu włosów, a czasem domaga się nawet założenia opaski. 

Kołysze się w rytm muzyki, bardzo lubi rybkę Mini-Mini (dzięki Kasiu za polecenie filmiku :)) i piosenki z tego kanału - o delfinie, kocie i tym podobne. Inne bajki średnio ją interesują. Ogląda z tatą Olimpiadę, a z mamą tańczy do nowej piosenki Shakiry. Swoją drogą mam sentyment do tej piosenkarki, bo w tym samym okresie, co ja była w ciąży, a jej synek urodził się niedługo przed Milenką.

Milenka ma już tylko jedną drzemkę w ciągu dnia, mniej więcej o 12:00 około 2 godziny. Wieczorem kładziemy ją o 19:00. Ostatnio zasypia po ok. 2 minutach i śpi do 6:30 - 7:30. Przestaliśmy puszczać jej kołysanki na dobranoc. W ogóle nie zrobiło to na niej wrażenia, z czego się cieszę, bo byłam przygotowana na walkę.

Rano jemy mleko z kaszką (teraz owsianą, ale najczęściej jaglaną), potem jest kaszka z dodatkiem jabłka, gruszki lub śliwki suszonej. Po drzemce zupka najczęściej brokułowa lub z cukinii. z kaszą perłową lub makaronem w kształcie ryżu.  Co drugi dzień dodaję do zupki żółtko. Na deser zwykle daję gotowane jabłko lub gruszkę i kilka chrupek kukurydzianych, a przed snem znów mleko z kaszką. Ostatnio apetyt dopisuje i Milenka domaga się tego co my mamy na talerzu. W tym tygodniu na przykład, częstowałam ją swoją kaszą (mogłaby zjeść całą moją porcję), a raz nawet schabem oskrobanym z panierki (popłakała się, gdy się skończył).

I tak sobie żyjemy. Muszę przyznać, że ten okres w rozwoju Milenki jest bardzo fajny. Podoba mi się i cieszę się każdą chwilą spędzoną z córką. A już uwielbiam, jak mówię do niej: "Daj buziaka mamie" a ona odwraca się do mnie i serwuje mi najsłodszego buziaka na świecie. I to kilka razy dziennie! :))))

18 lutego 2014

Relacja z imprezy urodzinowej

W końcu udało mi się ogarnąć po weekendzie, więc spieszę zrelacjonować sobotnią imprezę na roczek Milenki.

Wiele pisać nie trzeba, powiem tyle, że było bardzo miło, rodzinnie i wesoło. Na początku był jedynie mały zgrzyt między moim mężem a jego matką, ale na szczęście potem było już tylko lepiej. Przede wszystkim, ja byłam bardzo rozluźniona i to chyba przełożyło się na atmosferę i na mój pozytywny udział w imprezie. Pamiętam, że przed chrzcinami bardzo się stresowałam, a przez to całą imprezę miałam zepsutą. Tym razem było inaczej. Pozostali uczestnicy urodzin również dobrze się bawili, tak przynajmniej twierdzą ;)

Motywem przewodnim urodzin był Kubuś Puchatek. Tak jak pisałam wcześniej w poście o torcie, wybrałam go, bo Milenka śpi z Kubusiem i miałam nadzieję, że będzie żywo reagować na misia. Tak też było. Zarówno girlanda, serwetki, a przede wszystkim tort przyciągnęły uwagę Milenki. 

Menu stanowiły trzy sałatki: pierwsza - grecka z fetą, druga - z makaronem i suszonymi pomidorami oraz trzecia - z tuńczykiem, żurek na ciepło, jajka faszerowane, trzy rodzaje ciasta oraz zawijańce z ciasta francuskiego i wędlina. Wszystkim smakowało :) Mam ogromną satysfakcję, że oprócz tortu wszystko przygotowaliśmy sami :)

Milenka pięknie odgrywała rolę gwiazdy wieczoru. Nie wiem, jak to jest, ale ona uwielbia być wśród ludzi. Najważniejsze, że była bardzo szczęśliwa. Prezenty też były, ale hitem do dziś jest lalka - bobas, która śpiewa przedszkolne piosenki, tzn. lecą z niej piosenki śpiewane przez przedszkolaki. Milenka uwielbia się do tych melodii bujać.

A tu mała fotorelacja. Niestety dobrych zdjęć jak na lekarstwo. Nie wiem, czy u Was też tak jest, ale u nas na naszych uroczystościach nigdy nie ma komu robić zdjęć, za to my u kogoś zawsze pstrykamy. No trudno, przeżyję ;)




Milenka nie mogła sobie odmówić zabawy z marcepanowymi Kubusiem i Prosiaczkiem. Oto efekt:


A na koniec, dziękujemy pięknie za pamięć i życzenia pod poprzednim postem!!

14 lutego 2014

Najsłodsza Walentynka

Dziś o godz. 17:07 Milenka skończyła rok życia. 

Tak było:


Tak jest rok później:


Kochanie! Życzę Ci wszystkiego najpiękniejszego, wesołych dni, pogodnych rodziców i radości!!
Kocham Cię :***

12 lutego 2014

Kolejny pierwszy raz

Niestety tym razem padło na chorobę...

Walczymy już od piątku. Zaczęło się od niewielkiego gardłowego kaszlu, który tylko trochę mnie zaniepokoił. Niestety w nocy kaszel też pojawił się kilka razy. W sobotę pojechaliśmy więc do przychodni świątecznej, gdzie lekarz zawyrokował: kaszel skutkiem kataru zanosowego. Zdziwiłam się, bo z nosa Milence nie leciało, ale przypomniałam sobie, że po ziemniaku miała katar alergiczny i to o ten katar prawdopodobnie chodzi. Zalecenie: roztwór soli morskiej do noska i Sinecod na noc.Wczoraj poszlismy jeszcze do naszej pediatry upewnić się, że diagnoza jest prawidłowa. Okazało się, że tak. Pani doktor zmieniła jedynie Sinecod na dwa inne syropy. Dziś widzę, że te syropy faktycznie jednak bardziej pomagają, więc mam nadzieję, że kaszel i katar szybko nas opuszczą.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Milenka źle znosi podawanie leków. Zakraplanie kończy się rykiem w niebogłosy, po którym dziecina jest tak zmęczona, że ledwo wisi mi na rękach... A wszystkiemu winny jest zły dobór soli morskiej. Po wizycie u lekarza pojechaliśmy od razu do apteki, gdzie pani farmaceutka sprzedała nam sól morską marki Sterimar. I jak się okazało, strumień rozpylanego roztworu jest tak silny, że wystraszył Milenkę na dobre. Dopiero wieczorem poczytałam na internecie, że faktycznie ten preparat może być za silny dla małych dzieci i rano kupiłam Marimer. Jest różnica. Szkoda tylko, że Milence uraz już pozostał i tak czy inaczej ryk jest. Próbuję przełamać lęk bawiąc się w psikanie misiom do nosa, może będzie lepiej...

Nie ma lekko, niech inni też cierpią!

Psik, psik!

10 lutego 2014

Ciasto na roczek: jogurtowe z budyniem i brzoskwiniami

Przygotowania do roczku idą pełną parą. Tort zamówiony, strój Milenki skompletowany, sukienka mamy kupiona, menu ustalone. Pozostało zrobić dekoracje, kupić składniki na dania, upichcić i upiec masę jedzenia. 

I tak w niedzielę przetestowałam ostanie ciasto, które zagości na naszym roczkowym stole. Jest to ciasto jogurtowe z budyniem i brzoskwiniami. Chciałam upiec coś szybkiego, prostego i jednocześnie smacznego i to ciasto, takie właśnie jest. Przepis znalazłam na jednym z blogów i jest to kolejny powód, za który dziękuję w duchy za istnienie blogosfery :)


Składniki: 
  • 4 jajka
  • 500 gram mąki pszennej 
  • 300 g cukru  
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 300 ml jogurtu naturalnego
  • szklanka oleju 
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia 
  • 1 budyń śmietankowy  
  • brzoskwinie z puszki 
 
Przygotuj wcześniej składniki, aby były w temperaturze pokojowej. Ugotuj budyń według przepisu na opakowaniu, a następnie ostudź. Jajka, cukier waniliowy i cukier utrzyj do uzyskania puszystej masy. Dalej miksując na wolnych obrotach dodaj jogurt i olej. Następnie dodaj mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia i wymieszaj drewnianą łyżką. Wylej masę do formy wyściełanej papierem do pieczenia. Na wierzch wykładaj budyń w formie kleksów, a między tymi kleksami ułóż pokrojone w kawałki brzoskwinie. Piecz ok. 60 minut w temperaturze 150 stopni. Gotowe, wystudzone ciasto posyp cukrem pudrem.


Szybkie? Tak. Proste? Tak. Smaczne? Jak najbardziej tak!
A więc ja też jestem na tak ;)

8 lutego 2014

Kiedy wyznaczać dziecku granice

Ile razy każdy z nas słyszał o wychowaniu bezstresowym czy też widział na własne oczy taki "model wychowawczy". Są zwolennicy tej "metody", są zdecydowani przeciwnicy. Ja stoję gdzieś po środku, jednak celowo użyłam znaków cudzysłowia, bo na pewno nie jestem za wychowywaniem dzieci bez wyznaczania im granic i stosowania zakazów.

Moi rodzice zakazywali nam wielu rzeczy, ale gdy myślę o tym teraz, to widzę, że nie było to nic, czego dziś nie zakazałabym mojemu dziecku. Uważam bowiem, że każde dziecko musi znać swoje granice, w których wie, jak ma się zachowywać i co mu wolno, a co nie. Nie tylko dla mojego matczynego widzi-mi-się, ale też dla jego własnego bezpieczeństwa. Mamy w domu kilka miejsc, do których chciałabym nauczyć Milenkę, że nie wolno podchodzić, czy dotykać: półkę pod telewizor, kabel od komputera, gniazdka elektryczne, mop do podłogi, deska do prasowania. Mam nadzieję, że ucząc Milenkę, że nie wolno jej tam podchodzić, unikniemy strat materialnych i uszczerbków na zdrowiu.

Milenka zaczęła rozumieć NIE mniej więcej wtedy, gdy skończyła 10 miesięcy. Od tamtej pory, gdy tylko zbliża się do "zakazanych" przedmiotów, mówię podniesionym głosem stanowcze NIE. W tej chwili czasem działa, czasem jeszcze nie. Jestem jednak konsekwentna i nie odpuszczam. Z dzieckiem bowiem jest tak, że jak raz pozwolisz na coś, co do tej pory było zakazane, to potem nie da rady zabronić tego ponownie. Przynajmniej takie jest moje doświadczenie z pilotami od telewizora, czy telefonem komórkowym. 

Zdaję sobie sprawę, że bycie konsekwentnym przy dziecku graniczy z cudem. Ile to już razy powstrzymywałam się od śmiechu, gdy Milenka podchodziła do telewizora, i słysząc NIE odwracała się do nas z cudownym uśmiechem i prośbą w oczach o dotknięcie ekranu. Staram się  wtedy opanować i być poważną, a potem wychodzę do drugiego pokoju i boki zrywam z cwaniactwa mojej córeczki :) I myślę sobie, że z czasem będzie jeszcze trudniej odmawiać. Mam jednak świadomość, że bez granic i zakazów, moje dziecko nie będzie wiedziało, jak funkcjonować w społeczeństwie.

Czy przez to, że wprowadzam mojemu dziecku zakazy jestem złą matką? Nie wiem, być może. Wierzę jednak, że robię słusznie. Mam nadzieję, że uda mi się do końca być konsekwentną, a dzięki wyznaczonym granicom, Milenka w przyszłości będzie wiedziała na co może sobie pozwolić, a na co nie.