31 stycznia 2014

Top fryzury mojej myszki

Włoski Milenka ma dosyć długie, więc aby nie wpadały jej do oczu często związujemy je w kucyk. Bywa jednak, że matka lub babcia wykażą się większą fantazją i na głowie powstają inne fryzury.

Tak oto powstała lista najczęstszych uczesań mojej córki:

1. Klasyczna palemka - najłatwiejsza w wykonaniu, ulubiona fryzura taty:


2. Dwa kucyki - wykonanie trudniejsze, bo niestety przedziałek równy jest nieosiągalny:


3. Klasyczny mini koczek:


4. Mini koczek z boku - uroczy, choć wydaje mi się trochę taki "dorosły":


5. Dwa mini koczki, czyli tak zwane antenki - ulubiona fryzura mamy:


6. Fryzura "na żywca" - hmmmm, chaos nie do ogarnięcia :)


A która jest wasza ulubiona?

____________

Ostatni dzień stycznia oznacza koniec wyzwania styczniowego, które sobie sama postawiłam: blogować codziennie. Udało się!! :)) Może za rok uda mi się ten wyczyn powtórzyć. Jakieś ogólne wnioski? Przede wszystkim jeden - blogowanie to pożeracz czasu. Kto pisze codziennie, ten wie. Dlatego podziwiam wszystkie mamy, które znajdują na to czas. Mi czasem ciężko było wygospodarować chwilę, by napisać coś sensownego. Teraz czas nadrabiać życie w realu, bo mąż narzeka ostatnio, że tylko z nosem w komputerze siedzę ;) Miłego wieczoru!!

30 stycznia 2014

Ciasto na roczek: 3 Bit

Przepis na to ciasto dostałam od koleżanki z pracy i muszę przyznać, że jest to strzał w dziesiątkę. Połączenie masy krówkowej, kremu budyniowego i bitej śmietany - tak, wiem, bomba kaloryczna, ale smak... nieziemski. Mój największy krytyk kulinarny - mąż, pochłonął prawie całą blachę ciasta, więc śmiem twierdzić, że jest ono naprawdę wyśmienite.


Składniki:
  • 7 paczek herbatników
  • 1 puszka masy krówkowej
  • 2 budynie waniliowe
  • 2 szklanki mleka
  • 3/4 kostki margaryny
  • 1/2 l śmietany 30%
  • 2 śmietan-fixy
  • czekolada 



Budynie ugotuj wg przepisu na opakowaniu, używając jednak tylko 2 szklanek mleka. Gotując mieszaj energicznie, aby nie powstały grudki. Gdy masa wystygnie, utrzyj ją z margaryną na gładki krem. Ubij śmietanę ze śmietan-fixami. W rondelku podgrzej masę krówkową cały czas mieszając, aby jej nie przypalić. Masa powinna być ciepła, ale nie gorąca. Ułóż ciasto warstwami: herbatniki, masa krówkowa, herbatniki, krem budyniowy, herbatniki, bita śmietana. Oprósz ciasto czekoladą startą na drobnych oczkach. Ciasto smakuje najlepiej na drugi dzień. Chodzi o to, by herbatniki porządnie zmiękły.


Mało pracy, a taki efekt. Dodam, że zdjęcia robiłam na trzeci dzień po zrobieniu ciasta, więc możecie sobie tylko wyobrazić jak wyglądał na "świeżo" :)

29 stycznia 2014

Ziemniaku - za co?????

Dziś krótko i na temat - ziemniak znów nas pokonał :(

Podjęliśmy trzecią próbę wprowadzenia tego warzywa do diety Milenki. Po początkowej euforii, bo przez pierwsze dwa dni wszystko było ok, mamy wysypkę. I to większą niż za pierwszym i drugim razem. Obsypane łydki, zgięcia pod kolanami, czerwona, szorstka skóra na rączkach... Żal mi tej mojej córeczki, że nie może wszystkiego jeść...

Na szczęście póki co, cukinia dobrze spisuje się w roli ziemniako - zastępczej. Jest równie bezbarwna, bezsmakowa i miękka po ugotowaniu.

A z pozytywów - Milenka je coraz mniej rozdrobnione pokarmy. Od kilku dni nawet chlebek z oliwą, pokrojony w kostkę. Ryż, makaron bezjajeczny, żółtko, jabłko w kawałku, kasze (wszystko to najlepiej własnymi palcami). Powoli zakres dozwolonych pokarmów jest rozszerzany, co mnie jako matkę bardzo cieszy :)

 I tylko ten ziemniak mnie wkurzył, bo takie to niby niewinne warzywo, a tyle szkody znów wyrządziło...

28 stycznia 2014

Wtorek ze wspomnieniami: Studencki wypad w góry

Oj, działo się, działo ;)

Na przełomie roku 2005 i 2006 wybraliśmy się z paczką znajomych w okolice Zakopanego. Byłam wtedy wesołą studentką, która żyła z dnia na dzień i o mężu, rodzinie i dzieciach nie myślała. No może już zaczynała się nad tym zastanawiać, ale zdecydowanie bardziej wolała myśleć o czymś innym - o znajomych, imprezach, szaleństwach :) 

Również ten wypad był szalony i wesoły. Był Sylwester z muzyka góralską, był kulig, ognisko, tańce. Jedliśmy pyszne góralskie jedzonko, byliśmy pod skocznią narciarską, na stoku narciarskim, a nawet wybraliśmy się do Nowego Targu. A przede wszystkim był ŚNIEG. Masa śniegu - nie to, co tej zimy u nas w mieście. Pamiętam, że gdy wracaliśmy do domu z gór, to u mnie na ulicy zaspy odśnieżonego śniegu były na wysokość człowieka, a jazda samochodem przypominała jazdę w tunelu.

Kto zgadnie, gdzie jestem?
Ekipa ze zdjęcia się wykruszyła. Co prawda, mamy ze sobą kontakt, ale wiadomo, każdy ma już swoją drugą połówkę, niektórzy dzieci, i nie jesteśmy już takimi wolnymi ptakami, jakimi byliśmy wtedy.

Tamtej zimy skończyłam raz nawet w zaspie śniegu. Niestety pod nią ukryty był słupek, na którym wylądowałam. Na szczęście obyło się bez obrażeń, a we wspomnieniach pozostał tylko śmiech:


Jak patrzę na ogrom śniegu na tym zdjęciu, to żałuję bardzo, że w tym roku aura jest tak oszczędna. Zima bez śniegu to jednak nie to samo!

27 stycznia 2014

Kolejny etap zaliczony :)

Podobno dziś Milenka sama stanęła w łóżeczku :)
Jupii! Jak zwykle matka martwiła się nie potrzebnie.

Szkoda tylko, że znów taki moment umknął mi przez to, że byłam w pracy. Zdjęcia nie ma, radości nie ma z bycia naocznym świadkiem. Ale nic to, za drugim razem na pewno przy tym będę!!

26 stycznia 2014

Zimowy plac zabaw

Dziś spędziliśmy czas na fantastycznej zabawie w jednej z sal zabaw dla dzieci w naszym mieście. Wybraliśmy się tam w doborowym towarzystwie i bawiliśmy się naprawdę świetnie. Nawet nie myślałam, że dla takich maluchów jak Milenka, będzie tam wiele atrakcji. Okazało się jednak, że prawie dwie godziny upłynęły nie wiadomo kiedy, a moja mała córeczka była zachwycona :))

A tu fotorelacja, bo zdjęcia oddają więcej niż można by napisać:








Mama nie mogla sobie odmówić ;)


25 stycznia 2014

Rośnie gwiazda

Rodzinne spotkania - bywają lepsze, bywają gorsze.
Niezmienne na nich jest to, że Milenka czuje się wtedy jak ryba w wodzie. Uwielbia ludzi, dzieci, gwar. Cieszy się, rozsyła wszystkim uśmiechy, jest pogodna i szczęśliwa. 

Nie inaczej było dzisiaj, na imieninach mojego taty. Milenka z zaciekawieniem zwiedzała wszystkie kąty, poczynając od kuchni, a kończąc pod stołem w dużym pokoju - mała wędrowniczka.
Zaliczyła też kilka par rąk cioć i wujków i bynajmniej nie była tym onieśmielona. 

Mówiąc krótko - rośnie nam mała gwiazda :)


Niestety nie udało mi się zrobić wielu fajnych zdjęć, bo na wszystkich modelka pozowała mniej więcej tak:


Słodziak mój kochany :* :)

24 stycznia 2014

Wyłącz myślenie

Dotarła do mnie ostatnio jedna z prawd o macierzyństwie:

Matki się ciągle martwią.

A przynajmniej ja się martwię. I to tak czasem zupełnie nieświadomie. Niby powodów do zmartwień nie ma, ale coś wywołuje niepokój. Nie pamiętam już czy był taki dzień, żebym nie miała wątpliwości, czy daję córce wszystko, co najlepsze, żebym nie zastanawiała się, czy moje dziecko dobrze się rozwija. Po prostu wciąż jest we mnie niepokój i niepewność, więc się martwię. 

Czasem to jest moment, czasem dosłownie cały dzień.
Nie tak dawno martwiłam się, że Milenka nie raczkuje, teraz że nie stoi. Przedtem, że jest duża, teraz, że marudzi przy jedzeniu. Martwię się, jak nie zrobi kupy przez dwa dni. Martwię się, czy aby nie za mało ją stymuluję. Może powinnam wymyślić nowe zabawy? Martwię się, czy nie daję jej za mało swobody w poznawaniu świata. Czy dobrze ją karmię? I mogłabym tak jeszcze długo wymieniać te niepokoje, które siedzą w moim matczynym sercu. Ale nie o to chodzi. 

Dziś po południu, wyłączyłam myślenie. 
Udało mi się to w jakiś cudowny, niewiadomy sposób i tak po prostu przestałam się przejmować. 
 I dzięki temu spędziłam cudowny wieczór z córką. Bawiłyśmy się, śmiałyśmy, wygłupiałyśmy, jak już dawno tego nie robiłyśmy. Dzieci chyba jednak mają szósty zmysł i czują emocje rodziców. Milenka przestała marudzić, ja się rozluźniłam - no, bajka. 

Dlatego obiecuję sobie, że będę odganiać od siebie zmartwienia, bo takie przejmowanie się bez powodów nie przynosi niczego dobrego - jedynie stres i zmarszczki ;)

I tego też Wam życzę, kochane Mamy - jak najmniej zmartwień!

23 stycznia 2014

Ciasto na roczek: delikatna szarlotka

Dziś debiut na blogu - przepis kulinarny!

A właściwie przepis na ciasto ;) Obiecałam napisać jakie ciasta będę piec na roczek Milenki, więc prezentuję pierwsze z nich. Jest to delikatna szarlotka, którą wszyscy w mojej rodzinie bardzo lubią. Dość napisać, że mój tata potrafi pochłonąć całą blachę za jednym razem. Jest to też ulubione ciasto małej kuzynki Milenki, która na co dzień jest bardzo wybrednym smakoszem.

Oryginalny przepis pochodzi z książki "Doskonała kuchnia polska" Marka Łebkowskiego

szarlotka, jabłecznik, ciasto na niedzielę, kruche ciasto, ciasto z jabłkami

Składniki:
  • 450 g mąki
  • 150 g masła
  • 180 g cukru pudru
  • 2 jajka
  • 10 g proszku do pieczenia
  • 25 ml spirytusu lub wódki
  • 2,5 kg jabłek
  • 100 g cukru białego
  • 1 opakowanie cukru waniliowego

Przesiej mąkę, 150 g cukru pudru i proszek do pieczenia. Masło pokrój na kawałki, dodaj do mąki i posiekaj nożem. Grudki tłuszczu w cieście rozdrobnij palcami, dodaj jajka i spirytus, zagnieć ciasto, owiń folią spożywczą i schłódź w lodówce przez ok. 15 min. Obierz połowę umytych jabłek i zetrzyj na grubych oczkach tarki. Dodaj 3 łyżki wody, cukier biały i gotuj, mieszając, 15 min. Ciasto podziel na dwie części. Jedną z nich rozwałkuj na stolnicy posypanej mąką na prostokąt wielkości dużej blachy do pieczenia. Blachę wyłóż trzema warstwami papieru do pieczenia, a na nim ułóż rozwałkowane ciasto. Nakłuj ciasto widelcem i upiecz w temperaturze 200 stopni Celsjusza. W czasie pieczenia obierz pozostałe jabłka, zetrzyj na tarce i wymieszaj z jabłkami ugotowanymi. Rozwałkuj drugi kawałek ciasta na prostokąt. Na upieczone ciasto wyłóż jabłka, przykryj drugim prostokątem i piecz 45 minut w temperaturze 180 stopni. Wyjmij z pieca, gdy górna warstwa ciasta zacznie się rumienić. Po wystudzeniu posyp pozostałym cukrem pudrem wymieszanym z cukrem waniliowym.


I gotowe :) Proste, smaczne ciasto dla każdego - polecam!

22 stycznia 2014

Najgorsze pytania zadawane rodzicowi dziecka z alergią pokarmową

Czy aby na pewno on/ona jest uczulony?

Jak zje trochę mleka / białka / itp. to na pewno go/ją tak bardzo wysypie? Tak, a skąd wiesz? Może tylko trochę?

A czekolady czemu nie może? Przecież to takie dobre...

Śladowa ilość nie może zaszkodzić. Może dasz mu/jej chlebka z masełkiem?

Alergie pokarmowe przechodzą po pewnym czasie. Może spróbuj dać jej teraz trochę mleka?

 Ale na ziemniaka jest uczulony/a? To niemożliwe, nigdy o tym nie słyszałam.

Dzieci powinny jeść wszystko. Czemu nie dajesz jej białka jajka?

...........

A już najgorzej jest, jak te same pytania zadawane są ciągle, do znudzenia, i pomimo obszernych tłumaczeń i wyjaśnień, o co z tą alergią chodzi....

Mamy alergików, macie jakieś swoje "ulubione" pytania? ;)

21 stycznia 2014

Wtorek ze wspomnieniami: Ravda 2009

Właśnie intensywnie planujemy tegoroczne wakacje, więc dziś właśnie naszły mnie wspomnienia związane z naszym urlopem w 2009 roku. 


Wakacje te spędziliśmy w Bułgarii, w Ravdzie i przyznam szczerze, że były to jak do tej pory najlepsze wakacje w moim życiu. Dlaczego? Po pierwsze, spędziłam je w towarzystwie ukochanego wtedy jeszcze chłopaka ;) Po drugie, pierwszy raz wyjechaliśmy za granicę. Po trzecie, spędzaliśmy czas na plażowaniu, leniuchowaniu, zwiedzaniu i doświadczaniu tylu nowości (jak choćby rekina), że czas ten był naprawdę wyjątkowy.

Minęło 5 lat. Piotrek schudł ;) Ja mam na pewno więcej zmarszczek. No i mamy córkę! Te wakacje na pewno będą zupełnie inne od tamtych, gdy byliśmy tylko we dwoje. Na pewno jednak będą równie wyjątkowe - pierwsze wakacje z Milenką :)

A Wy, planujecie już coś na lato?

20 stycznia 2014

Babcia i dziadek - jak to z nimi jest

Jutro Dzień Babci, pojutrze Dzień Dziadka, więc wybieramy się do teściów, by uczcić ten dzień.

No i co tu dużo pisać, po prostu znów nie mam ochoty do nich jechać. Nie układa nam się z teściami. Mój mąż z natury wybuchowy - ciągle kłóci się ze swoją matką. Ona ma trudny charakter: czasem mam wrażenie, że zachowuje się jak dziecko w podstawówce. Snuje jakieś domysły, intrygi za naszymi plecami i na około opowiada, jacy to jesteśmy źli i niedobrzy, bo Piotrek nie dzwoni codziennie i nie jeździ do nich na każde zawołanie. Co więcej, nigdy nie powie tego wprost, tylko jego siostrze lub komuś obcemu, ale tak, żeby na pewno do nas dotarło. A nas delikatnie mówiąc szlag trafia.

Teściowie rzadko odwiedzają Milenkę, a jeśli już to sam teść. Mają za daleko. Pół godziny tramwajem to jak wyprawa na Biegun Północny, co zrobisz... Za to mają też ciągłe pretensje, bo w ciągu zeszłego roku widzieli wnuczkę sześć razy (jak to wyliczyli, to nie wiem), bo nie wiedzą jak się rozwija, bo nie mają z nią kontaktu (ciężko złapać za telefon i chociażby zadzwonić). Najgorzej, jak ni z tego ni z owego coś sobie wymyślą, na przykład to, że do nich przyjedziemy w niedzielę (choć nic takiego nie mówiliśmy), a potem czekają, my nie przyjeżdżamy (no bo jak mieliśmy się domyślić, że mieliśmy jechać) i jest obraza. Bo oni czekali...

Miałam nadzieję, że stosunki między nami, a teściami nie zaważą na ich relacji z Milenką, ale szczerze mówiąc im dalej w las, tym gorzej, i nie wiem, czy to się uda.

Tak więc, jutro i pojutrze wielkie świętowanie - dziadkowie czekają na wnuczkę, na hołdy i dary wdzięczności, za to, że są wspaniałymi dziadkami... Wielkie udawanie - totalne nieporozumienie...
 

18 stycznia 2014

Przed snem

Taką ją uwielbiam.
Po kąpieli, po mleku, z rozmazanym wzrokiem, na wpół przytomną.
Przed spaniem...


Ale nie ma lekko.
Zdjęcie zrobione było o 19.40. Jest 21.00.
I wciąż nie śpi...

Leży w łóżeczku, po ciemku i nawet nie płacze. Ale nie śpi.
Jak to jest możliwe??

17 stycznia 2014

Zmęczenie materiału

Chciałabym móc zatrzymać czas. Zwolnić, rozejrzeć się wokoło, pomyśleć, przemyśleć i trwać. Niestety nie jest mi to dane... Moja doba to 24 godziny, które przeciekają przez palce. Nic z nich nie pozostaje we mnie. 

Ciągły bieg, gonitwa za czymś, bo właściwie to za niczym konkretnym. 

Gdy byłam na macierzyńskim, te chwile z Milenką, z mężem, czy z drugim człowiekiem zostawały ze mną na dłużej. Potrafiłam o nich rozmyślać, snuć refleksje. Robiłam wiele zdjęć, by je uwiecznić, by zapamiętać. Byłam bardziej obecna emocjonalnie w życiu codziennym.

Teraz zmęczenie dobija mnie pomału. I to nie takie zmęczenie, że sił już nie mam od noszenia na rękach, albo że denerwuję się, bo nie mam chwili dla siebie. Teraz dobija mnie takie zmęczenie, że nie mam siły myśleć, nie mam siły wymyślać zabaw, nie mam siły bawić się z dzieckiem.

Czasem Milenka bawi się koło mnie po południu, a ja siedzę na dywanie zupełnie otępiała i zmuszam się do aktywnego udziału w zabawie. Mózg nie pracuje. Soki wyssane. 

Na szczęście jutro sobota. Niech trwa!

16 stycznia 2014

Refundacja Bebilon Pepti

Wczoraj Piotrek wybrał się z receptą na mleko do apteki. Pani odesłała go z kwitkiem, gdyż okazało się, że od 01 stycznia 2014 produkt ten przestał być refundowany przez NFZ. Powiedziała mu za to, że na rynku pojawia się nowy produkt - Bebilon Pepti DHA, który będzie dostępny na receptę. Oba produkty różnią się zawartością kwasów Omega, a zmiana wynika z dostosowania mleka do wytycznych Unii Europejskiej.

Wkurzyłam się. Dlaczego będąc po receptę przed Świętami lekarz nie tylko nie poinformował nas o takiej zmianie, ale też przepisał nieważną receptę? Dlaczego nigdzie w mediach / internecie / gazetach nie było o tym napisane? Czemu informacja nie była powieszona w przychodni? Dlaczego fakt takiej zmiany przemilczał gastroenterolog, u którego byliśmy tydzień temu??

A dziś, gdy próbowałam się umówić do pediatry po nową receptę, usłyszałam, że nasza pani doktor będzie tylko jutro między 14.00 a 18.00, a w przyszłym tygodniu być może w ogóle jej nie będzie. Nie trudno sobie wyobrazić, że nie zostałam zarejestrowana, bo nie ma już miejsc.

Czy potrzebny jest jakiś komentarz? Mnie po prostu ręce opadły. Na myśl przychodzi mi tylko jedno zdanie:
polska służba zdrowia jest do bani...

15 stycznia 2014

A może sesja fotograficzna?

Praca z ludźmi ma na pewno jedną zaletę - można się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy o tym co się w okolicy dzieje. W ten sposób właśnie ostatnio dowiedziałam się od jednej z dziewczyn, że jej kuzynka została fotografem dziecięcym. Co więcej, pokazała mi jej galerię zdjęć na FB, którą możecie obejrzeć tutaj:

Zdjęcia bardzo, ale to bardzo mi się spodobały, szczególnie te bardziej naturalne. I tak sobie myślę, czy przed roczkiem nie sprawić takiej sesji Milence. Podobno fotografka przyjeżdża do domu ze wszystkimi akcesoriami na umówioną godzinę, więc nie trzeba dziecka targać po ludziach, zakłócając pory drzemek i posiłków. 

A jaka to by była fajna pamiątka. Wiadomo, swoje zdjęcia robię, ale nigdy nie miałam jakiegoś szczególnego drygu w tym kierunku. A takie zdjęcia z sesji można by oprawić w ramki i powiesić na ścianie jako dekorację. Zastanawiam się też nad fotoksiążkami dla dziadków jako pamiątka z okazji roczku. I jeszcze kalendarz, który podobno jest gratisowym dodatkiem do sesji...

Nie ukrywam - napaliłam się ;) Wszystko zależy teraz od ceny takiej sesji, więc trzymajcie kciuki, żeby nie wyrwała mnie ona z butów ;)

Zdjęcie ze strony FB Kasi Halbiniak

14 stycznia 2014

Miesiąc przed roczkiem

Od kilku dni mój mózg powoli przestawia się na tryb: roczek Milenki.
Czas rozpocząć przygotowania, przemyśleć menu, dekoracje i oczywiście prezent dla małej jubilatki.

Póki co, znalazłam cukiernię, w której zamówię tort. Cukiernię prowadzi szwagierka mojej koleżanki z pracy, która często przynosi próbki ciast, stąd wiem, że torty są na prawdę smaczne. Z tej cukierni tort weselny zamawiała najbliższa mi koleżanka z pracy, a także moja poprzednia kierowniczka i obie były bardzo zadowolone. A oto strona cukierni: http://www.cmg.net.pl/

Jaki tort wybieram? Tradycyjny - bita śmietana z truskawkami. Myślę, że każdemu będzie smakował.
A na torcie chciałabym żeby, aby oprócz napisu, była też figurka Kubusia Puchatka. Milenka śpi z takim misiem, dlatego mam nadzieję, że zwróci jej uwagę na tort. Tu kilka inspiracji:






Tort Milenki na pewno nie będzie aż tak okazały jak te powyżej, ale mam nadzieję, że chociaż figurkę uda się na nim umieścić :)

Bardzo chciałam upiec tort na roczek sama. Niestety byłby to mój pierwszy raz, więc ryzyko niewypału ogromne. Dlatego obiecałam sobie, że przez ten rok poćwiczę pieczenie tortów i na dwa latka Milenki już na pewno sama go zrobię. 

Póki co testuję pieczenie ciast na tę okazję. Pewnie w którymś z kolejnych postów ujawnię, jakie to będą :)

13 stycznia 2014

Książki, hmmmmm

Szał na książki trwa. 
Ale teraz mama rzadko je czyta. Teraz czyta Milenka. Pieczołowicie przekłada strony, mocuje się z nimi, szarpie, wyrywa. Zajęcie na dobre pół godziny. A szukanie "Murzynka Bambo" w stercie książek, to dopiero zabawa. Szczególnie, gdy ukrywa się na samym dole ;)


A zrzucanie książek z półki, to już obowiązkowy punkt dnia (punkty - rzecz dzieje się za każdym razem, gdy książki znów trafiają na półkę):

12 stycznia 2014

Praca w zespole

Dziś trochę moich żali na temat zupełnie nie związany z rodzicielstwem - praca z ludźmi.
Miałam o tym nie pisać na blogu, bo nie po to został założony, ale nie mam gdzie się wygadać, a wiadomo, jak się człowiek wyżali, to od razu mu lepiej.

A więc praca... Pracuję w korporacji. W naszym biurze zatrudnionych jest ok. 200 osób. Trzy piętra, trzy działy, a w każdym z nich kilkanaście zespołów. W moim zespole pracuje 5 dziewczyn i 1 chłopak oraz kierowniczka. I, co tu owijać w bawełnę, jutro nie mam ochoty widzieć tych osób. Atmosfera pracy w naszym zespole jest masakryczna. Wszyscy zgrywają kierowników, a ja zawsze obrywam. A gdy tylko próbuję się postawić i wyrazić swoje zdanie, to wychodzę na tą złą i niemiłą koleżankę, która nie chce współpracować (czyli odwalać robotę za innych). 

No i pytam się siebie, dlaczego ludzie tacy są? Nie wiem, jak sobie z tym poradzić. Z reguły mam spokojne usposobienie, ale gdy ktoś mi tworzy sztuczne ciśnienie zamiast samemu zabrać się do roboty, to po prostu wybucham. Dla przykładu: w środę po południu jedna dziewczyna dała mi pewna pracę do zrobienia. W czwartek miałam wolne (o czym była uprzedzona). W piątek rano przychodzę, po kolei przeglądam maile, odpowiadam, sprawdzam. Przychodzi druga dziewczyna - czy widziałam tego a tego maila. Mówię, że nie, jeszcze nie. Za pięć minut - a czy zrobiłam już ten raport. No i się wkurzyłam i mówię, że w pięć minut dwóch rzeczy na raz nie zrobię. No i potem robię tego maila i ten raport, i przychodzi ta pierwsza laska i znów, czy już zrobiłam to jej zadanie i czy może mi dać nowe. No ręce mi opadły. No i się z nią pokłóciłam, bo nie lubię jak mi ktoś robi sztuczne ciśnienie. Bo rozumiem jakby to były ważne rzeczy, ale nie. Po prostu lubią sobie porządzić. A jak im się wytknie jakiś błąd (oczywiście ja tego nie robię, bo uważam, że zespół to wspólna odpowiedzialność), to siedzą cicho jak myszy pod miotłą. A nasza kierowniczka udaje, że problemu nie ma...

Miałam przez to zepsuty humor na cały weekend, bo nie chcę tych dziewczyn widzieć, przebywać z nimi i udawać, że wszystko jest ok. Nie wiem też, jak z tego wybrnąć, bo sytuacja na pewno się powtórzy. Nie wiem, jak w takich sytuacjach być spokojną i nie tracić opanowania. Nie jestem z tych osób, które zawsze w zanadrzu maja ciętą ripostę i nie radzę sobie w takich sytuacjach. Beznadziejna sprawa...

11 stycznia 2014

Łóżeczkowa dama

Od Nowego Roku Milenka ma całkiem nowy ulubiony plac zabaw - swoje własne łóżeczko!
Do tej pory służyło ono jedynie do spania, bo w czasie aktywności, wyciągałam Milenkę z łóżeczka i sadzałam na foteliku albo na podłodze. Zawsze mi się wydawało, że ma wtedy więcej miejsca i swobody do zabawy. Aż tu nagle, któregoś pięknego dnia musiałam na chwilę zostawić Milenkę w łóżeczku i ku mojemu zdziwieniu strasznie jej się tam spodobało. Dziś, gdy chce się w nim pobawić, pokazuje na nie paluszkiem i autentycznie cieszy się w głos, gdy ją do niego wsadzam. W życiu bym nie powiedziała, że zabawa "za kratkami" może dziecku przynieść tyle radości :)



10 stycznia 2014

Inspiracje kulinarne

Przyznam szczerze, że alergia Milenki mocno hamowała moje zapędy kulinarne. Do tej pory nie wyobrażałam sobie gotowania bez mleka, jajek, ziemniaków, sera, śmietany i innych "podstawowych" składników. Teraz jednak, gdy z papek warzywno - drobiowych, przechodzimy powoli na "dorosłe" jedzenie postanowiłam poszukać inspiracji. Sama bowiem jestem zielona jeśli chodzi o dietę eliminacyjną dla dzieci. Brak mi też myślenia abstrakcyjnego i nie rzadko mam duży problem z przekształceniem zwykłych dań, na te, dla alergików. 

W internecie znalazłam dwie książki, które postanowiłam zakupić. Jedna przeznaczona jest konkretnie dla dzieci z alergiami pokarmowymi, a druga dotyczy kuchni pięciu przemian. Dodatkowo koleżanka Ewa :) podesłała mi kolejną książkę o kuchni pięciu przemian i nie powiem jest to bardzo ciekawa pozycja. Ale po kolei:

"Przepisy na dania bez mleka, jajek, pszenicy i soi dla małych alergików" Christine Schaefer i Brigit Schaefer


Co sądzę o tej książce? Jest naprawdę ok. Przede wszystkim są tu pomysły na papki dla niemowlaków do ukończenia roku oraz dania dla dzieci starszych. Mnie najbardziej zainteresowała ta druga część, bo chciałabym gotować jedne obiady dla nas i Milenki. Jest tu wiele przepisów, które wydają się smaczne i zachęcają wyglądem do przyrządzenia. Myślę, że zarówno dzieci jak i dorośli ze smakiem zjedliby proponowane dania. Spójrzcie na te zdjęcia:





Nawet jeśli nie wszystkie używane skłądniki są zachęcające (jak zamiennik jajka), to można się fajnie zainspirować. Oprócz tego w książce podane są produkty jakimi można zamieniać mleko, jajka i pszenicę oraz inne ciekawe wskazówki dla mam alergików. Żałuję, że nie kupiłam tej książki, gdy zaczynałam rozszerzać dietę Milence.

"Kuchnia pięciu przemian dla dzieci zdrowych i alergicznych" Monika Biblis i Magdalena Dudek


Tą książkę mam w formie e-booka od Ewy :* I przyznaję, że jest to skarbnica wiedzy dla osób zmagających się z alergią swoich dzieci. Kuchnia pięciu przemian opiera się na medycynie chińskiej i opanowanie jej zasad wydaje mi się póki co, dość trudne. Chodzi o zachowanie równowagi poprzez stosowanie określonej kolejności w gotowaniu oraz doborze składników o odpowiednich właściwościach. Liczy się wszystko - od pory spożywania posiłku, po temperaturę otoczenia. Brzmi skomplikowanie i tajemniczo. Jednak efekty opisywane przez autorki są naprawdę zaskakujące. Ta kuchnia to prawdziwa rewolucja na talerzu. Myślę jednak, że może nam bardzo dobrze posłużyć, także pod względem leczniczym.

"Zima w kuchni pięciu przemian" Anna Czelej


Zima za pasem, stąd wybór książki :) Przepisy inspirujące i zdrowe. Po przeczytaniu pozycji wyżej mam zamiar zgłębić tą książkę. Na pierszy rzut oka wiele przepisów nadaje się do wykorzystania w kuchni małego alergika. 

Dzięki tym inspiracjom wiem już, że u nas w kuchni nudno nie będzie. Z czasem pewnie, gdy Milenka wyjdzie z alergii, będziemy mogli powrócić do tradycyjnego gotowania. Ale może te książki wyrobią w nas zdrowe nawyki na całe życie.

9 stycznia 2014

Kontrola u gastrologa

Byliśmy dziś z Milenką na wizycie kontrolnej u gastroenterologa. Nasz lekarz to człowiek o specyficznym charakterze. Potrafi całą wizytę siedzieć zachmurzony i nie odezwać się ani słowem, chyba że się go zapyta o konkretną rzecz. Tym razem było inaczej. Było miło i sympatycznie, czym byłam mocno zaskoczona. Ale do rzeczy. 

Pan doktor był bardzo zadowolony ze stanu zdrowia Milenki. Stan skóry ocenił na bardzo dobry, waga 10,350 kg, brak problemów ze snem, poceniem i ulewaniem. Dziecko rozwija się zdrowo i prawidłowo :) 

A co do alergii, to jak zwykle, żadnych konkretów. I to mnie wkurza w tej chorobie: lekarz nie jest w stanie za wiele pomóc, samemu trzeba próbować, prowokować i sprawdzać, co uczula, a co nie. Pytam, czy można powtórzyć panel alergiczny - no w sumie to nie wiele to jeszcze może pokazać, a najlepiej udać się do alergologa, jak wyjdzie uczulenie na wiele produktów. Co to znaczy? Czy trzy produkty to już dużo? Pytam, czy jajko mogę spróbować - zacząć od żółtka, a potem można spróbować białko. Ale co to znaczy potem? Za miesiąc, a może za tydzień? Pytam, czy wieprzowinę można - tu jeden konkret: tak, ale gotowaną bez wywaru. Ale w sumie to mleko Pani też może spróbować (!). No i jak to interpretować?? Analizuję to teraz, analizuję i tak sobie myślę, że zaufam mojemu dotychczasowemu systemowi - 1 nowy produkt na tydzień, mleko i nabiał po roczku albo nawet później. Przedtem jajko, mięso wieprzowe i wołowe też po roczku. Ach, chciałabym, żeby mi ktoś tak konkretnie powiedział - zrób to i to, a twoje dziecko wyjdzie z alergii. Ale przy tej chorobie tak się właśnie nie da :( 

Najważniejsze, że Milenka poza tym jest okazem zdrowia. 
A dziś zrobiła mi kolejną niespodziankę - zjadła całą niezmiksowaną zupkę - pękam z dumy :))

8 stycznia 2014

Muchy w nosie

Milenka przechodzi chyba teraz kolejny skok rozwojowy. Bo jak inaczej wytłumaczyć wieczne marudzenie, wymuszanie sztucznym płaczem to, co chce i wiszenie na rękach mamy. Uwaga! Tylko mamy! A może tak objawia się lęk separacyjny? Chociaż nie, na to już chyba za późno. A może wyrzynają się kolejne zęby? Milenka nie ma apetytu i często przerywa karmienia butelką płaczem. Więc może to...

Swoją drogą, kiedyś o skokach rozwojowych nic nie wiedziano, ani też o lęku separacyjnym. Mówiło się po prostu, że dziecko jest niegrzeczne. Teraz, gdy wiemy, co może być przyczyną nieznośnego zachowania naszych dzieci, łatwiej znieść humory i muchy w nosie. Bo w końcu to tylko kolejny skok lub ząb i kiedyś wreszcie przejdzie.

Trzeba się tylko modlić o cierpliwość i głęboko oddychać. 

Plus taki, że tym razem nie myślę o wyskoczeniu z balkonu, tak jak to bywało przy wcześniejszych skokach ;)

7 stycznia 2014

Wtorkowe wspomnienia - 30 lat temu...

Wtorkowe wspomnienia to taki cykl, które sobie wymyśliłam, podglądając pewien angielski blog, więc więcej starych zdjęć pojawi się pewnie na blogu. Być może nie w każdy wtorek, ale zobaczymy...

A 30 lat temu było tak:


To ja z moją babcią ze strony taty. Widzicie podobieństwo Milenki do mnie? Bo ja średnio... Jak stwierdził mój mąż miałam o wiele większe uszy ;) 


To zdjęcie to jedyne, które posiadam z babcią. Reszta zdjęć jest u rodziców. Przyznam szczerze, że jest mi ono bardzo drogie, bo chyba na tym jednym jedynym zdjęciu jesteśmy same we dwie. Babcia zmarła w 2005 roku na raka po krótkiej walce. Ostatnie wspomnienie jakie mam to ona w szpitalu. Nie było to typowe pożegnanie, ale teraz jak sobie to przypominam, to widzę, że ona już wiedziała, że wkrótce przyjdzie jej czas...

Miesiąc po jej śmierci przyśniła mi się. Wołała mnie, a ja szłam w jej stronę. Znikała, potem się pojawiała, ja jej szukałam... Było to jakiś czas przed mszą św. za jej duszę. Pojechałam na tą mszę i wtedy dziadek dał mi łańcuszek, który, jak powiedział, babcia chciała mi przekazać. Mam wrażenie, że ten sen to był znak, że babcia miała coś dla mnie. 

Wierzę w takie znaki. Wierzę, że po śmierci wciąż jesteśmy w tym innym świecie i możemy się kontaktować z bliskimi. Sen z moją babcią to nie jedyny przykład. A Wy? Wierzycie?

6 stycznia 2014

Money, money, money

Mam koleżankę prawniczkę. Lubię słuchać o jej pracy, bo opowiada ciekawe przypadki spraw: od napadów na bank po konflikty rodzinne. Jak w filmach. Kiedyś zapytałam ją, jakie sprawy przeprowadza najczęściej. Hmmm, zgadniecie? Nie? Okazuje się, że są to sprawy rozwodowe. Więc pytam ją dalej ze zdziwieniem, czy aż tyle osób się zdradza? Jakoś tak zdrada wydawała mi się oczywistym powodem rozstania. A ona na to, że to właściwie nie dlatego ludzie najczęściej się rozwodzą. Zwykle ludzi dzielą pieniądze...

Osobiście, nie traktuję pieniędzy jako wyznacznik wartości drugiego człowieka. Nigdy też nie był dla mnie ważny status społeczny moich koleżanek i kolegów, choć często byli to ludzie bogatsi ode mnie. Nie wybrałam sobie męża ze względu na stan jego posiadania, czy tego, ile zarabia. Powodzi nam się różnie. Raz jeden zarabia więcej, raz drugi. Bywa, że jedno nie pracuje, bądź drugie. Ale zawsze wspólnie dzielimy się pieniędzmi, które mamy, z prostej przyczyny - jesteśmy razem na dobre i na złe.

A teraz po tym, co usłyszałam od koleżanki prawniczki, coraz częściej zwracam uwagę na to, jak inni traktują pieniądze i mam wrażenie, że nasze podejście do pieniędzy w związku okazuje się być co najmniej dziwne. Status finansowy określa teraz atrakcyjność drugiej osoby. Widzę coraz więcej par, które na chłodno kalkulują, czy im się opłaca ze sobą być, czy nie. Rozważają, że jak jeden zarabia tyle, to będzie się dokładał do wspólnego życia tyle, albo procentowo dzielą wypłaty, kłócą się, kto zarabia więcej i dlaczego, wyliczają sobie wzajemnie, kto więcej wydał na własne potrzeby, zamiast na dom. Są kobiety, które wymagają od mężów niebotycznych zarobków i kasy na waciki, bo im się to przecież należy. Są mężowie, którzy wyliczają żonom kasę na zakupy co do grosza, byleby za dużo na bułki nie wydały. Często pary decydują się na dzieci dopiero, gdy oboje dużo zarabiają, mają dom i dwie wypasione fury, żeby się wygodnie żyło i każdy miał po równo. A gdzie w tym wszystkim jest dobro wspólne? A co, jak jednemu czy drugiemu powinie się noga, straci pracę i zarobek? Co, jeśli dorobiwszy się wszystkiego okaże się, że już za późno na dziecko? Czy wymagająca żona albo wyliczający kasę mąż okażą drugiej połówce wsparcie i pomoc? Wątpię...

Przykre to jest.

5 stycznia 2014

Do szopy, hej!

Ciąg dalszy naszych wycieczek wiosenno-styczniowych ;)
Postanowiliśmy skorzystać ze sprzyjającej aury i wybraliśmy się obejrzeć szopkę jasnogórską. Słońce było tak silne, że wiele zdjęć nam prześwietliło, ale kilka udało się ocalić.

Być może wiecie, a może nie - główną atrakcją szopki na Jasnej Górze są żywe zwierzęta. Co rok można podziwiać kaczki, kucyki i inne stworzenia, które przyciągają tłumy z Częstochowy i okolic. Trochę się tych tłumów obawiałam, ale szczęśliwie udało nam się ich w miarę uniknąć.

Udało nam się zobaczyć pawie i bażanty, kozy i kucyka:


Kucyk ciągle podszczypywał jedną z kóz, hmmm ;)
Był też mój ulubieniec - osiołek:



 Ulubieńcy Milenki - ptaki wszelkiego rodzaju, od kaczek i papug po gołębie:



W tym roku Paulini przygotowali też wystawę z dzikimi zwierzętami, niestety w większości sztucznymi. Żywa była tylko owca argentyńska i koza, którą widać obok słonia (kto wie, jak się nazywa, niech podzieli się wiedzą ;):


Milence bardzo się podobało. Gadała do zwierzaków, pokazywała paluszkiem, śmiała się - super sprawa :)

Potem trafiliśmy jeszcze na wystawę choinek ustrojonych przez dzieci z okolicznych szkół:



Korzystając z pogody poszliśmy też na spacer do parku pod Jasną Górą. 


Tam kolejna atrakcja: pełno kaczek w stawach - Milenka mogłaby się na nie patrzeć godzinami.



I tak upłynęła nam niedziela. Nieskromnie powiem, że zaliczam ją do jednaj z najbardziej udanych z ostatnich tygodni. A jak Wam upłynął ten dzień?