31 grudnia 2014

2014 / 2015

Zwykle koniec roku nie wywołuje we mnie sentymentalnych przemyśleń. Zawsze staram się patrzeć na to, co przyniesie jutro i nie oglądać się za siebie. 2014 był jednak na tyle "dziwny", że nie wypada mi nie spojrzeć wstecz i podsumować tego, jak nasze życie zmieniło się przez mijający rok.

W lutym Milenka skończyła roczek - teraz ma rok i 10 miesięcy. Przez ten czas zdobyła wiele umiejętności: w kwietniu zaczęła chodzić, tak że dziś biega i ciężko za nią nadążyć; w sierpniu zaczęła mówić - dziś składa już sensowne zdania i choć czasem mówi niewyraźnie, to potrafi wyrazić swoje potrzeby (a ostatnio nawet pojawiło się "Kocham Cię mamusiu"); pojawił się też bunt dwulatka, który wciąż trwa oraz wszystkie zęby, oprócz piątek. Rozwój Milenki zaskoczył mnie bardzo pozytywnie, bo w pierwszym roku życia raczej ociągała się ze wszystkimi krokami milowymi, a teraz pięknie nadrabia zaległości ;) Alergia pokarmowa także odpuściła, dzięki czemu rozszerzanie diety Milenki nie spędza mi już snu z powiek.

W lutym złapałam bakcyla biegania. Treningi tak mnie wciągnęły, że planuję zacząć znów biegać od razu po połogu, o ile czas pozwoli. 

W lipcu byliśmy na cudownych wakacjach w Jarosławcu. Takiego wypoczynku i radości nie zaznaliśmy już dawno. Było sielsko, anielsko i po prostu pięknie :)

W maju dowiedziałam się o drugiej ciąży, co najbardziej zmieniło nas, nasze życie i myślenie. Aż do połowy sierpnia był to dla mnie szczęśliwy czas oczekiwania. Potem przyszła diagnoza wady wrodzonej Jacka i długie wieczory i noce pełne obaw, chwil zwątpienia, depresji, czarnych myśli i... poszukiwań informacji, jak przyjdzie nam żyć. Była walka o operację wewnątrzmaciczną, były cztery pobyty w szpitalu w Bytomiu, rozłąka z Milenką, oderwanie od tego, co było do tej pory. Dziś zdaje mi się, że to wszystko nie poszło na marne, że miało sens, choć wielokrotnie wydawało mi się, że  w tym szaleństwie sensu dawno zabrakło.

W grudniu przyszedł na świat Jacuś - nasze drugie szczęście. Jest słodkim chłopcem, którego kochamy z całych sił i dla którego zrobimy wszystko, aby jego życie w przyszłości było jak najlepsze i najgodniejsze. Obawy o przyszłość wciąż mnie nachodzą, ale patrząc w jego granatowe oczy wierzę, że damy radę. Dla niego.

Co przyniesie Nowy Rok 2015? Mam cichą nadzieję (naprawdę bardzo cichą), że będzie lepszy od 2014, szczególnie pod względem zdrowia. Niech przyniesie pozytywne momenty, obiecujące początki, szczęśliwe zakończenia, siłę, wytrwałość i miłość.

I tego też życzę Wam wszystkim! Do siego roku Kochane! :*


23 grudnia 2014

Jacek

Kochane! 
15 grudnia 2014, o godzinie 10:20 na świecie pojawił się nowy członek naszej rodziny

Jacek Oskar

A oto i młodzieniec w całej okazałości:



Maleńki ważył 2700 g i mierzył 46 cm. W pierwszej dobie po urodzeniu, po godzinie 20:00, przebył operację zamknięcia worka przepuklinowego na swoim tycim kręgosłupku. Miałam go okazję w ten dzień zobaczyć jedynie przy cięciu cesarskim. Później, mąż przesyłał mi zdjęcia. Czy było ciężko? Było, szczególnie, że leżałam na sali poporodowej z trzema mamami, które tuliły do siebie swoje dzieci. One mogły je karmić piersią, podczas gdy ja karmiłam laktator, starając się pobudzić laktację... Jestem z siebie dumna, bo z żalu popłakałam się tylko raz :) 

Ze szpitala wypuścili mnie w piątek i od razu pojechaliśmy do Jacusia do szpitala. Był już przewieziony z OIOMu na salę noworodków i odłączony od całej aparatury wspomagającej oddychanie. Możecie sobie tylko wyobrazić, co czułam, jak go zobaczyłam i dotknęłam - totalny odlot, błogostan, banan na twarzy, itd., itp. ;)) Z resztą do tej pory przy każdych odwiedzinach uśmiech nie schodzi mi z ust. Bo ON jest cudowny! Po prostu wspaniały, wyśniony, wymarzony :) 

Co do stanu zdrowia, to Jacuś walczy dzielnie - rana na plecach ładnie mu się goi, a wodogłowie na razie postępuje, ale nie ma konieczności wstawienia zastawki. Jest pęcherz neurogenny, co oznacza konieczność cewnikowania co 3 trzy godziny, oraz niedowładny odbyt, czyli Jacek robi kupki nie mając nad tym kontroli (pielucha musi być noszona cały czas). Na 29 grudnia zaplanowana jest konsultacja ortopedyczna odnośnie stóp końsko-szpotawych i pierwsze gipsowanie, od kolan do stóp. W ogóle nóżki Jacka są niedowładne - znaczy to tyle, że czucie w nich jest, ale słabe i ruchy nóżek też są niekontrolowane. Wózek go nie ominie, przynajmniej na początku rehabilitacji. Z pozytywów - pozostałe narządy są w normie, a dziś była konsultacja okulistyczna i oczy również są ok.

Tak, jest niedoskonały, ale cudowny w swej istocie - po prostu do zacałowania :))

Przedwczoraj pierwszy raz karmiłam Jacusia, a dziś w końcu dali mi go na ręce :) Jeździmy do niego codziennie na kilka godzin i za każdym razem ciężko mi go zostawiać. Ale wkrótce będziemy razem i wtedy zrekompensuję mu brak bliskości.

A wszystkim Wam, życzę Wesołych Świąt! My dostaliśmy już swój wymarzony prezent pod choinkę. Mam nadzieję, że i Wy będziecie mieć wspaniałe Święta! :) :*

4 grudnia 2014

Co przyniesie grudzień?

Zwykle w grudniu czekamy na adwent, Mikołajki, Święta, prezenty, spotkania rodzinne. My w tym roku czekamy na syna. Święta? Prezenty? Ten grudzień raczej nie jest pod ich znakiem. 

Po długiej przerwie wracam tylko na chwilę. W listopadzie byłam po raz kolejny w szpitalu na badaniach. Rezonans Jacka nie wykazał wiele więcej niż do tej pory, jednak jego kondycja jest tak czy owak poważna. Po powrocie zaliczyłam załamanie psychiczne (tydzień na patologii ciąży, masa przypadków, ale w sumie chore dziecko masz tylko ty...) Na szczęście mąż "potrząsnął" mną i moim myśleniem i dzięki temu wróciłam na właściwe tory.

A już w poniedziałek udaję się znów do szpitala, tym razem na rozwiązanie. Ostatecznego terminu jeszcze nie mam, ale mój lekarz potwierdził, że musi to nastąpić najpóźniej 17 grudnia. Jak się z tym czuję? Na razie ok. Pewnie w szpitalu znów złapią mnie doły, ale mam nadzieję, że jak zobaczę synka, to cały zły nastrój minie i dostanę energii do działania. Jacek ma być operowany w ciągu 48 godzin od narodzin. Ja będę leżeć po cesarce jakieś 4 dni w szpitalu bez kontaktu z nim. Pokarm mam odciągać i przekazywać położnym po wyjściu ze szpitala. Jak to będzie w praktyce i czy wypuszczą nas na Święta, tego nie wiem.

Z ciekawostek - wczoraj byliśmy prywatnie u profesora, którego zespół lekarzy będzie operował Jacka. Na powitanie usłyszeliśmy, że badania wskazują na ciężkie kalectwo i że dla nas rodziców to krzyż na całe życie. Ha! To się nazywa pocieszenie i wsparcie. Szczerze mówiąc, gdyby to był lekarz, którego widzę pierwszy raz po badaniach prenatalnych, to chyba bym się totalnie załamała. Na szczęście wcześniej, spotkaliśmy wielu innych lekarzy, którzy słowem i czynem wsparli nas o wiele bardziej. Przede wszystkim wiemy i wierzymy w to, że niepełnosprawność, mimo swych ograniczeń, wcale nie przekreśla normalności. 

Nie wiem, czy ktoś tu jeszcze zagląda (oprócz Marty W :)), ale zapewniam Was, że ja czytam Wasze blogi dalej :) Nie komentuję, bo czasu brak - Milenka absorbuje mnie totalnie: odmawia często drzemek za dnia, a w nocy trzeba ją usypiać, bo pozbyliśmy się smoczka i ma z tym wyraźny problem. Poza tym, trzeba się przygotować na pobyt w szpitalu, odwiedzić lekarzy, złapać kontakt w fundacji - mam nadzieję, że rozumiecie. Ogólnie rzecz biorąc, nie ogarniam aż tylu rzeczy na raz.

Nie wiem też kiedy znów tu napiszę. W szpitalu mam ograniczony dostęp do internetu, ale może czas na krótką notkę się znajdzie :)

A co u Milenki? Rośnie (jak zawsze) ;) Przeżywa swój bunt dwulatka, który mam wrażenie potęguję się po moich pobytach w szpitalu. Pewnie wynika to z tęsknoty i braku stałości. Wariuje na całego, biega, rzuca wszystkim wkoło, jest po prostu kochana :* W tym tygodniu przeszła swoją pierwszą w życiu poważniejszą chorobę - trzydniówkę. Było ciężko, ale najważniejsze, że minęło. Składa proste zdania (najczęściej z trzech, czterech wyrazów). I czeka na Świętego Mikołaja - naoglądała się świątecznej Peppy i za każdym razem, gdy idzie spać, czeka, aż przyjdzie Mikołaj ;) Dobrze, że sobota już niedługo.

Zapraszam Was ponownie na Instagram, tam jestem zdecydowanie częściej :)

Kochane, dziękuję za wsparcie i proszę o dalszą modlitwę! Życzę Wam udanych Mikołajek i spokojnego grudnia! :**

P.S. Ostatnio trafiłam na mądry nowy blog o niepełnosprawności i chłopcu, który ma podobną wadę do mojego synka: http://nakolkach.com/  Polecam - być może przybliży Wam świat, który dla nas już za chwilę stanie się rzeczywistością :)

31 października 2014

Moje skarby

Ostatnio tak tu smutno się zrobiło...

Tak, są takie dni, kiedy płaczę kilka razy dziennie... Są takie dni, kiedy mam ochotę wyskoczyć przez okno... Są takie dni, kiedy wszystko jest mi obojętne i siedzę wieczorem na kanapie wgapiając się bezmyślnie w ekran telewizora...

Na moje szczęście - jest On i Ona. I ten mały Ktoś, kto dopiero zawita w nasze progi. Gdyby nie Piotrek, gdyby nie Milenka, gdyby nie te kopniaki w brzuchu, to nie wiem co by się działo... 

Mam bardzo dobrego męża: troskliwego, czułego, wesołego. Fakt, bywa upierdliwy do granic mojej wytrzymałości, ma swoje humory i rzuca wkurzającymi tekstami, ale to nic. Gotuje, sprząta, robi zakupy, bawi się z Milenką, myśli za nas dwoje o obowiązkach domowych. Codziennie kupuje mi coś słodkiego. Czego chcieć więcej? Ha, nie potrafi czytać mi w myślach, ale to chyba byłoby już za wiele szczęścia ;) Stara się jak może i nigdy się nie załamuje. Gdy go prowokuję, mówiąc, że pewnie nas kiedyś zostawi, że nie wytrzyma, to widzę, jak robi mu się smutno, że coś takiego w ogóle przyszło mi do głowy. Gdy pytam się go, jak sobie poradzimy, bierze mnie za rękę i mówi tylko, że będzie dobrze. I jakoś tak wiem od razu, że będzie. Z każdym dniem kocham go mocniej za to, kim jest, tak po prostu...

A Milenka? Same wiecie, skarb nad skarby - uśmiech, którym mnie wita z rana, jest dla mnie najpiękniejszy na świecie. Jej śmiech, gdy się wygłupiamy, jej figlarne spojrzenie, gdy myśli, co by tu jeszcze zmajstrować, jej zmarszczony nosek, gdy coś idzie nie po jej myśli - uwielbiam! Kiedy jest zmęczona, obejmuje mnie z całych sił za szyję. Kiedy się ją poprosi, całuje prosto w usta i robi "noski-noski", czyli dotykamy się nosami. Często gładzi mnie po brzuchu i robi "pierdzioszki" dzidziusiowi. I choć nie raz coś mnie trafia, gdy po raz enty próbuję ją namówić do ubrania się przed spacerem, zmiany pieluchy czy zjedzenia obiadu, to jest do zacałowania. Mój skarb :*

Szczęście od losu, że ich mam!

Czekam na skarb numer trzy - po aktywności w brzuchu wnoszę, że Jacek będzie chłopcem z temperamentem. Kopie mocno nóżkami, wali rączkami gdzie popadnie. Mój pęcherz nie raz odczuł siłę małych piąstek. Czekam na niego z niepokojem. Czekam na niego z czułością matki. Czekam na niego z otwartymi rękami.

I nic więcej się nie liczy - to moje skarby.



20 października 2014

Choroba to powód do wstydu

Wczoraj w wiadomościach na TVP Info był reportaż o sławnych ludziach, którzy przyznali się publicznie do swoich chorób: Bono cierpiącym od 20 lat na jaskrę, Sheryl Crow, która miała raka piersi i raka mózgu, Angelinie Jolie, która usunęła obie piersi, by uchronić się przed rakiem i Justynie Kowalczyk, która otwarcie opowiedziała o swojej depresji. Na końcu padły słowa uznania dla pani Justyny, że zdobyła się na tak odważne wyzwanie w kraju, w którym dla większości choroba to powód do wstydu. I te właśnie słowa nie dają mi spokoju, bo jest to smutna prawda...

Odkąd wiem, że choroba i nas nie ominęła, i że będziemy mierzyć się z niepełnosprawnością synka, nie potrafię wyobrazić sobie naszego przyszłego życia. To znaczy, wiem, że poradzimy sobie jako rodzina, jako nasze małe 2 plus 2, ale kompletnie nie wiem, czego spodziewać się, jeśli chodzi o życie społeczne. Choroba to powód do wstydu, do bycia gorszym w oczach innych, do ukrywania się. Rozglądam się po ulicach szukając innych niepełnosprawnych i nie widzę ich. Owszem są nieliczne jednostki przemykające się ze spuszczonymi nisko głowami, ale sądząc po statystykach, wydaje mi się, że powinno ich być więcej... Czyżby się ukrywali przed osądzającymi oczyma przechodniów? Pewnie tak. Zresztą sama wiem, że przedtem mój wzrok uciekał od każdej niepełnosprawnej osoby, którą widziałam na ulicy. Mój mózg negował fakt, że Ci ludzie też istnieją, że są tak samo ważni. Moje postrzeganie estetyki nie pozwalało mi akceptować wad fizycznych, czy psychicznych, bo kłóciły się one z moim postrzeganiem sukcesu, wygody i dobra w życiu. A teraz los daje mi co dzień pstryczka w nos, uczy pokory i akceptacji życia takim, jakim na prawdę jest - bez retuszu rodem z TV.

Ile osób odwróci się od nas przez chorobę w naszej rodzinie? Pewnie sporo...  Na razie w realu mało kto wie o naszych problemach, ale to się wkrótce skończy. Z resztą już teraz na pytanie: czy będzie chłopiec czy dziewczynka, mam ochotę odpowiedzieć: chłopiec, ale będzie niepełnosprawny. Dla mnie to równie ważna informacja. Mam jednak świadomość, że dla innych to informacja niewygodna, więc milczę. Po co zakłócać innym spokój ducha, wywoływać niepokój... W naszym kraju przecież choroba to powód do wstydu...

14 października 2014

20 miesięcy Milenki

Rok i 8 miesięcy - ale to poważnie brzmi ;) Prawie jak osiemnastka!

Tyle dziś "stuknęło" mojej kochanej kruszynce. Jak się to przekłada na wymiary? Waga: 12 kg, wzrost: gdzieś pomiędzy 86 a 92, rozmiar buta: 22, zębów: 15 (czekamy na ostatnią trójkę) - tyyyle powodów do kochania ;) 

A tak serio, z każdym dniem młoda dama robi się coraz bardziej świadomą małą dziewczynką. Rozumie już bardzo dużo, na przykład proste zależności. Jedna z nich: jak nie zje obiadu, to nie pójdzie na dwór. Co śmieszne, jak mówi to jej tatuś, to je raz dwa, a jak mówi to mama, to potrafi się targować i udawać, że nie wie, o co chodzi. W ogóle z wiekiem robi się małą cwaniarą - swoim wyłudzaniem, udawaniem, że nie wie, co się do niej mówi, albo robieniem sobie najlepszej zabawy z zakładania pieluchy i ganiania po domu z gołym tyłkiem, potrafi mnie rozśmieszyć i jednocześnie doprowadzić do łez z bezsilności. Nie wiem, czy Wasze dzieci też tak mają, że jak trzeba gdzieś wyjść to przeciągają ubieranie w nieskończoność, biegają po kątach i śmieją się ze swych biegających za nimi na kolanach rodzicami. U nas tak to wygląda już od jakiegoś czasu... Cóż, jakoś sobie radzimy, chyba, że następuje atak darcia i kładzenia się na podłodze. Wtedy pomaga tylko chwila spokoju, a potem delikatne odciągnięcie uwagi od powodu rozdrażnienia. Bunt trwa w najlepsze i pewnie jeszcze trochę z nami zostanie.


Milenka jest niesamowita jeśli chodzi o mówienie. Pojedyncze wyrazy dwusylabowe to już norma, ale też zaczyna używać wyrazów trzysylabowych, takich jak "mamusia". Jak do tej pory jest to najpiękniejsze słowo, które od niej usłyszałam ;) Pojawiają się też pierwsze pełne zdania: "Mama winka (świnka) je zupe (zupę)", a dziś było: "Mama szuka misia". No cudnie! Oczywiście wiele słów jest jeszcze wypowiadanych niewyraźnie i po dziecięcemu, np. "adzuko" to jabłuszko, a jujka to "rurka". Ogólnie "r" i "l' są zastępowane przez "j" lub wcale nie wymawiane. Ale i tak jest super, bo troszkę można się już z tą naszą córeczką dogadać. I powtarzanie - to jej wychodzi bardzo dobrze. Czasem, gdy coś do niej mówię powtarza po mnie każde słowo.


Jeśli chodzi o jedzenie, to tu można powiedzieć, zaczynają się schody. Młoda nie lubi jeść żadnych warzyw, oprócz marchewki w rosole, ani też próbować nowości. Ponieważ próba mleczna w miarę się powiodła, staram się jej pokazywać coraz więcej nowych smaków, jednak idzie to bardzo bardzo bardzo opornie. Najgorsze było, gdy odmówiła w tym samym czasie jedzenia rannego mleka i kaszki na drugie śniadanie. Musiałam długo główkować czym to zastąpić, żeby było w miarę treściwe i wartościowe. Niestety do dziś mi się nie udało. Póki co, na śniadanie Milenka dostaje suche płatki kukurydziane z suszonymi owocami, które znikają w pierwszej kolejności, a potem walczymy o każdy zjedzony płatek. Na drugie śniadanie przygotowuję jej talerz różności, na którym zwykle jest parówka na ciepło (polecam parówki z szynki Tarczyński - mają 97 % mięsa i stosunkowo mało chemii), suchy chlebek lub bułka, pomidor lub inne warzywko i wędlinka. Z tego talerze znika niestety tylko parówa i czasem trochę chleba. Nie umiem przekonać Milenki do spróbowania pozostałych rzeczy. No cóż... Obiad to rosół, pomidorowa, makaron z sosem pomidorowym lub jakaś zupka warzywna (najmniej chętnie jedzona). Milenka lubi też podjadać z naszych talerzy mięso lub kaszę. Sałatek i innych warzywnych dodatków nie tyka. Potem dajemy jej jeszcze jakąś przekąskę - owoc lub bułkę, chrupki lub paluszki grissini, a wieczorem przed snem jest butla z mlekiem. I tyle w tym temacie :)


Rozwój ruchowy - w mojej ocenie bardzo dobry ;) Milenka jest coraz śmielsza w poruszaniu się samodzielnie, szczególnie po placach zabaw. Ostatnio weszła sama na najwyższą zjeżdżalnię w okolicy, ale że nie umiała z niej zjechać ani zejść, to ciężarna matka z lękiem wysokości musiała się za nią tam wdrapać. Dodam, ciężarna matka z lękiem wysokości przeżyła to bardzo żle ;) Zauważyłam jedynie, że Milenka nie umie skakać. Nie wiem, kiedy ta umiejętność powinna się pojawić u małego dziecka. Mam nadzieję, że przyjdzie sama, tak jak to było ze wszystkim do tej pory. 


Co jeszcze lubi moja córa? Rysować, taplać się w wodzie, ganiać za rodzicami, oglądać psy, koty i inne zwierzęta (reakcja na wiewiórkę w lesie - nie do opisania). Interesuje się też pomału zabawą z innymi dziećmi, choć jeszcze nie wie, jak się za to zabrać. 


I jeszcze jedna rzecz: kontakt z tatą. Przyznam, że dzięki temu, że mnie nie było w domu, Milenka uwielbia teraz swojego tatusia. Razem spędzają dużo czasu, wygłupiają się, chodzą na spacery. Przedtem też to robili, ale nie było w tym tyle radości, co teraz. Także jak widać, wszystko ma swoje plusy.


Wszystkiego najlepszego Kochanie! Rośnij dalej tak cudownie, jak do tej pory!  :*:*:*

8 października 2014

W domu

Wczoraj wypisali nas ze szpitala w Bytomiu. Do czwartku dawali nam nadzieję na operację wewnątrzmaciczną, która miała wpłynąć na lepszy rozwój Jacka. Potem był weekend, gdzie, wiadomo, w szpitalach nic nie robią. A w poniedziałek nasze nadzieje zostały rozwiane.... Operacji nie będzie teraz, a dopiero po porodzie, w pierwszej dobie życia dziecka.

Powód? Rezonans wykazał "prawdopodobieństwo" wady kręgów w miejscu rozszczepu i to nie gwarantuje dobrego gojenia blizny. Niby ok, rozumiem, że lekarze się boją, nie chcą ryzykować itd. Ale jestem rozczarowana, bo po pierwsze przy moim pierwszym pobycie w szpitalu nikt o tym nie wspomniał, po drugie nie wiadomo, jaki jest to rodzaj wady i jak się będzie rozwijać, i po trzecie czy ona w ogóle jest... I teraz jak się okaże po porodzie, że to "prawdopodobieństwo" to była zła ocena zdjęć z rezonansu, to będę sobie wyrzucać, że tej operacji jednak nie było...

Bez tej operacji wodogłowie może się znacznie powiększyć jeszcze w trakcie ciąży, a do tego może wystąpić większy paraliż kończyn. Lekarz uspokajał nas, że raczej do paraliżu nie dojdzie, bo choroba wyrządziła już swoje względem stóp końsko-szpotawych, ale gwarancji nie dał... Oprócz tego, konieczne będzie wstawienie zastawki odbarczającej ucisk mózgu, czego mogliśmy uniknąć dzięki operacji...
 Czekamy więc na dalszy rozwój wydarzeń... Mam teraz zgłosić się na ponowny rezonans w 33 tygodniu ciąży, co znów wiąże się z tygodniowym pobytem w szpitalu. Zbadają, jak rozwija się Jacek i czy są duże zmiany wodogłowia. A potem mają nas umówić na rozwiązanie około 37 lub 38 tygodnia ciąży. Urodzę przez cc w Bytomiu, a dzieciątko od razu przewiozą do Katowic, gdzie przejdzie wszystkie te operacje i zabiegi. Więc jak ja je będę karmić? Jak mam być przy nim? Wiadomo, że po cesarce potrzeba choć kilku dni na dojście do siebie. Ta myśl mnie dobija - ja w jednym szpitalu, on w drugim...
Wiem, że większość dzieci przechodzi operacje zamknięcia przepukliny oponowo-rdzeniowej po urodzeniu (ok. 500 dzieci rocznie), ale jestem rozczarowana, że nie udało nam się zakwalifikować do zabiegu w łonie matki. Przed pójściem do szpitala miałam siłę i ochotę do walki, bo wiedziałam, że w jakiś sposób będziemy w stanie pomóc synkowi, a teraz znów czuję się bezradna, w oczekiwaniu na cud... Są plusy - jestem w domu, z Milenką, z Piotrkiem, ale póki co mało mnie to cieszy.
Dziękuję Wam za kciuki i za pamięć! Nie ogarniam wszystkiego na tyle, by móc odpisać na każdy mail, wybaczcie... Ale skoro jestem w domu to postaram się to nadrobić i częściej też tutaj pisać.
Buziaki :*

25 września 2014

Oswoić nowe

Na początku dziękuję Wam wszystkim za słowa pociechy i maile, które dostałam. Bardzo sobie cenię to wsparcie, które w Was mam, być może dlatego, że łatwiej napisać coś na blogu niż porozmawiać z kimś na żywo. 

Co u nas? Za tydzień udaję się do szpitala, więc teraz intensywnie szykujemy się do "nowego". Trzeba było zrobić ubraniowe zakupy na jesień i zimę dla Milenki (Pepco wybawiło nas z utonięcia w długach ;)), trochę też i dla nas, no i dla mnie rzeczy do szpitala. Na tą chwile wydaje mi się, że te sprawy mamy ogarnięte. Oprócz tego wyciągnęłam i uprałam już najmniejsze ubranka po Milence oraz te, które dostaliśmy po synku mojej szwagierki. Co prawda jestem dopiero w 25 tygodniu ciąży, ale Jacek najprawdopodobniej urodzi się dużo wcześniej (tak to wygląda po tego typu operacjach), więc trzeba być przygotowanym i na niego. Brakuje nam jeszcze kilku rzeczy, takich jak przewijak czy materac do łóżeczka, ale to kupimy dopiero po porodzie. 

Dziwne uczucie szykować się na wcześniaka, bo właściwie nie wiadomo, jaki rozmiar ubranek dokupić i jak takie dzieciątko pielęgnować. Wyobrażam sobie tylko, że pewnie bardzo wcześnie ze szpitala go nie wypuszczą, więc po porodzie zdążymy dokupić to, co będzie trzeba.

Powoli oswajamy się z niepełnosprawnością synka. Czytam wiele o tym, jak będzie być może przebiegać rehabilitacja, jakie są możliwe powikłania, choroby. Ogólnie zgłębiam temat, z którym przyjdzie nam się zmierzyć. Jak sobie pomyślę, jak bardzo różni się przygotowanie do powitania Jacka na świecie od tego przed urodzeniem Milenki, to zdaje mi się to jedną wielką abstrakcją.Wtedy ciąża to był czas radości, lenistwa, dopieszczania siebie, słuchania relaksacyjnej muzyki i czytania mądrych książek o macierzyństwie. Teraz to przygotowanie do walki, zbieranie sił i szukanie motywacji do nie poddawania się negatywnym uczuciom.

Jak dobrze, że jest internet - po raz kolejny pomaga mi zmierzyć się ze sobą. Znajduję w nim wiele przykładów dzieci z niepełnosprawnością, które mimo cierpienia, walczą o szczęście. I ich rodziców, którzy tak wiele poświęcają, aby im to szczęście dać. Przyznam, że obok modlitwy, motywuje mnie to bardzo, bo daje nadzieję na to, że to życie jakoś nam się poukłada.

A oprócz tego życie codzienne dopada nas na całego: Milenka przechodzi bunt i to w stopniu jakiego sobie nie wyobrażałam. Rano nie chce nic jeść, ryczy po 20 minut bo nie jest w stanie przekazać nam swoich uczuć i tego, co chce. To też jest walka. Ale poza tym kochana jest i uwielbiam ją pomimo tych zbuntowanych chwil :)

Czekamy, trwamy, jesteśmy. Damy radę, bo jak nie my, to kto?

16 września 2014

Spina bifida

23 sierpnia 2014 roku pozostanie w moim sercu dniem, w którym nasze życie zmieniło się na zawsze...

Badania prenatalne. Długie oczekiwanie w kolejce, zniecierpliwienie, w końcu wizyta. Miły pan doktor zaprasza na leżankę i już po chwili ze śmiechem obserwujemy naszego maluszka jak dosłownie gra nam palcami na nosie. Piotrek z Milenką cieszą się, bo w końcu widzą dzidziusia. I tak, pan doktor potwierdza znowu, że będzie to chłopiec. 

I nagle z minuty na minutę zapada cisza, a mina lekarza... no cóż, tej miny nie zapomnę do końca życia. Dokładne, kilkukrotne badanie głowicą tych samych miejsc i padają słowa:
rozszczep kręgosłupa, przepuklina oponowo-rdzeniowa, wodogłowie, stopy końsko - szpotawe.

Do dziś nie potrafię wymówić tego na głos, bo od razu zaczynam płakać. Szok był tak duży, że myślałam, że zemdleję leżąc na tej leżance. Piotrek na szczęście akurat wyszedł, bo Milenka zaczęła marudzić. Gdy wrócił, nie wiedział co ma mówić. Ja z resztą też... Kto jest przygotowany na takie sytuacje w życiu? Chyba nikt...

Lekarz polecił nam jak najszybszy kontakt z profesor Anitą Olejek ze szpitala w Bytomiu. Tam przeprowadzane są operacje wewnątrzmaciczne, mające na celu zlikwidowanie przepukliny. Dzięki temu, wodogłowie zostaje zahamowane, co daje szansę na prawidłowy rozwój umysłowy dziecka. Szybka decyzja i w poniedziałek jesteśmy w szpitalu. Pani profesor nie ma, ale przyjmuje nas jej zastępca docent Zamłyński. Kolejne USG - już bardziej pozytywne, bo rozszczep jest na krzyżowym odcinku kręgosłupa, a nie na wysokim lędźwiowym. To daje nadzieję, że dziecko, po uciążliwej i długiej rehabilitacji, ma szansę chodzić. Ale trzeba zrobić badania, aby zobaczyć, czy nie ma przeciwwskazań do operacji. We wtorek więc, przyjmują mnie na oddział patologii ciąży. Dopiero po tygodniu robią nam rezonans magnetyczny płodu. I znów, po kilku dniach zła wiadomość - kifoza w odcinku krzyżowym. Jest to skrzywienie kręgosłupa, które jest poważnym przeciwwskazaniem. Czyli operacji nie będzie? Po konsultacjach z chirurgiem dziecięcym, profesorem Bohosiewiczem, trzeba zrobić kolejne USG żeby zbadać jak duża jest kifoza. Na szczęście okazuje się minimalna i kwalifikujemy się na zabieg. Termin jeszcze nie ustalony, ale 1 października mam stawić się znów do szpitala i pozostanę w nim zapewne do porodu, aby uniknąć zakażeń po operacji.

Nie wiem, czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie, co czuje matka w takich chwilach. Szok, rozpacz, załamanie, te pytania na końcu języka: Dlaczego ja? Co zrobiłam źle? Dlaczego cierpieć ma niewinne dziecko? Czy dam radę, bo przecież ze zdrowym dzieckiem ledwo dawałam? Czy jeszcze kiedyś będzie normalnie? Czy mój syn ma szansę na normalne życie? itd, itp. Gonitwa myśli, łez, myśli, łez...

Teraz, gdy jestem w domu na "przepustce", powoli sobie układam to w głowie. Ale jest ciężko. Piotrek schudł, ja osiwiałam, w ogóle wydaje mi się, jakby te trzy tygodnie trwały już pół roku. Wszystko nabrało innego sensu....

Milenka. Najbardziej boję się, że po tak długim pobycie w szpitalu mnie zapomni. Już teraz, gdy wróciłam, pierwszy dzień nie mogła się przyzwyczaić. Więc myślę nad tym, żeby w niedziele Piotrek ją do mnie przywoził w odwiedziny, ale nie wiem, czy z drugiej strony nie będzie bardziej tęsknić. 

Codziennie modlę się o cud, o to żeby Jacek urodził się jednak zdrowy. Przyszłość jest dla mnie zagadką i boję się jej bardzo. Nie potrafię z nikim o tym rozmawiać, łzy cisną się do oczu za każdym razem, dlatego przepraszam tych, którzy czekali tak długo na wyjaśnienia, co się dzieje.

Nie wiem jak często będę się tu jeszcze pojawiać. Na Instagramie czasem łatwiej wrzucić fotkę, więc tam pewnie będę częściej...Dziękuję wszystkim dziewczynom za pamięć i modlitwę. 
Trzymajcie za nas kciuki...

21 sierpnia 2014

Dumny tatuś

Napiszę jak jest od ostatniego tygodnia, kiedy to dowiedzieliśmy się, że nasze przyszłe bobo to jednak syn.

Mój mąż oszalał!

Kiedy była wersja kolejnej dziewczynki, nic się nie działo, nic go za bardzo nie ruszało. Nie powiem, bo cieszył się bardzo i przyznawał mi rację, że fajnie będzie mieć dwie dziewczynki w domu. Ale od kiedy wiemy, że to będzie chłopiec...

1. Co najmniej raz dziennie przychodzi z nową propozycją imienia (pierwsza to Hugo, yhm...)
2. Non stop opowiada, jak to będzie z młodym na mecze piłki chodził, itp., itd.
3. Każe mi dużo jeść, żeby młody był silny i duży.
4. Zamartwia się, że nie będzie miał co przekazać synowi, że nie będzie umiał nauczyć go, jak ma sobie w życiu radzić.
5. Upił się ze szczęścia w towarzystwie swoich koleżków.
6. Doprowadza mnie do szału swoja nadmierną troską (już dwa razy zrobił mi śniadanie do łóżka, co nie zdarzyło mu się jeszcze nigdy).
7. Wybiera się ze mną na drugie badanie prenatalne - na pierwszym nie był, bo było mu obojętne, a tu nie musiałam go nawet prosić, wyrwał się jak mały piesek ;)
8. I ogólnie jest nie do zniesienia...!!

A na moje wyrzuty, że na dziewczynkę tak nie reagował, upiera się, że to nie specjalnie, że to podświadomość. Yhm...

Chłopy to jednak proste ludzie są...

19 sierpnia 2014

Skazo białkowa - jesteś tam, halo?

Alergia na białko mleka krowiego towarzyszy nam od trzeciego tygodnia życia Milenki, kiedy to zaczęłam dokarmiać Milenkę mm i pojawiły się pierwsze objawy uczulenia. Potem była zmiana mleka na Bebilon Pepti, a przy rozszerzaniu diety powolne i beznadziejnie dołujące wyłapywanie pozostałych alergenów. Przy czym, panel pokarmowy wykonany w trzecim miesiącu nic nie wykazał. Było to dla nas nie lada zagadką, dopóki lekarz i internet nie olśnili nas, że w tym wieku badanie panelu jest rzadko kiedy miarodajne.

W każdym razie, restrykcyjna dieta i preparat mlekozastępczy pozwoliły nam w miarę normalnie żyć. Powoli byłam coraz bardziej rozczarowana postawą naszego lekarza gastrologa, który nie zlecał kolejnych badań i jedyne co robił, to wypisywał receptę na mleko. Dlatego jakiś miesiąc temu sama postanowiłam po raz kolejny wykonać panel pokarmowy. I cóż... kolejne rozczarowanie - zero alergenów. No jak to? Przecież innym dzieciom w wieku ok. 1,5 roku coś już wychodzi! A tu znowu zonk? I za chwilę myśl: a może alergia już przeszła lub chociaż przechodzi?...

I tak, cały zeszły tydzień podawałam Milence na drugie śniadanie rogala maślanego z Delmą z masłem i wędliną. Wiem, dla rodziców dzieci niealergicznych wyda się to niczym, ale dla mnie było dużym stresem. Na szczęście po tygodniu nie wystąpiła wysypka, a kupa była w porządku! Jupii - ucieszyłam się, że mamy pierwszy mały sukces. Idąc za ciosem, ten tydzień podaję chlebek z serkiem kanapkowym ze szczypiorkiem. Póki co, jestem dobrej myśli. 

Dziś mieliśmy też umówioną wizytę u gastrologa. Stan Milenki ocenił na bardzo dobry (nie powiem, że się nie ucieszyłam), a kiedy usłyszał, że przeprowadziłam małą prowokację, polecił mi spróbować przejść na mleko następne hipoalergiczne. W sumie cieszę się bardzo, że dał nam zielone światło, choć z drugiej strony nie do końca mu ufam. Poczekam jeszcze do końca tego tygodnia, w którym podaję ser biały, i zmianę mleka zostawię na przyszły tydzień. Lekarz zlecił nam jeszcze przeprowadzić badania na krew utajoną i strawność kału tydzień po podaniu mleka hipoalergicznego. Te badania mają wykazać, czy białko mleka krowiego dobrze się trawi i nie powoduje uszkodzeń w jelitach Milenki.

Trzymajcie kciuki, żeby próba wyszła pozytywnie! Jeśli się uda, będę chyba najszczęśliwszą mamą pod słońcem. A jeśli nie, skierujemy swoje kroki do prywatnego alergologa...

17 sierpnia 2014

Jest z nami na całego

Pojawił się w połowie zeszłego tygodnia i zostanie z nami już pewnie na długo.

Bunt dwulatka

Nic dodać, nic ująć. 

Zaczęło się w czwartek od wizyty u szwagierki i jej dwójki dzieci lat 7 i 3. Milenka zobaczyła jak można postawić się rodzicom, jak to się robi i z czym to się je. No i mamy bunt na całego. O wszystko muszę prosić sto albo więcej razy, zaczynając od przewinięcia pieluchy, ubrania się (po kolei każdą część stroju z osobna), a skończywszy na jedzeniu i piciu. Nawet wyjście na dwór graniczy z cudem. 

Scena z życia wzięta: "Milenko idziemy na dwór, chcesz?" "Chce" "To chodź się ubrać" "NIE" i zaraz potem ucieczka w drugi kąt pokoju. "Chodź do mamy się ubrać, to pójdziemy na dwór" - powolny marsz w moją stronę i krok przede mną ucieczka do drugiego pokoju. "Chodź się ubrać, idziemy na dwór, chcesz?" "Chce" "To chodź" "NIE". I tak w koło Macieju. Osiwiałam po raz drugi, bo tak mniej więcej wygląda teraz cały nasz dzień. Na nic tłumaczenie, na nic błagania i prośby. Pal sześć jak jesteśmy w domu, ale jak mamy jechać do kogoś w odwiedziny, to zakrawa na jakąś mało śmieszną komedię. 

Oczywiście wybuchy płaczu z niewiadomego powodu też są, rzuty na podłogę też są. Ech...

Do tego w domu mam przecież jeszcze drugie dziecko, czyt. męża. Tu chyba komentarz zbędny, ale wiadomo jak jest. Jak nie postawisz sprawy na ostrzu noża, to nie masz. Dziś wyjątkowo od rana Piotrek zajmuje się Milenką, bo chyba w końcu zauważył moje zmęczenie, ale normalnie nie ma go w domu całymi dniami - bo zadzwonił kolega (najczęściej), bo trzeba coś załatwić, bo w sklepie promocja, bo dodatkowa praca, bla bla bla. Tak, wiem że chce dobrze, ale czasem mam wrażenie, że robi wszystko byleby nie być w domu. Przez to od miesiąca chodzę zapuszczona, bo nawet nie mam kiedy umówić się do fryzjera. A wiadomo, jak wchodząca w oczy grzywa działa na nerwy kobiety.

I tak, tego, hmmm... pożaliłam się i trochę lżej, ale cóż, trzeba wracać do rzeczywistości i zbuntowanych domowników...

14 sierpnia 2014

18 miesięcy Milenki

Dziś Milenka skończyła 1,5 roku :) Jest naszym małym promykiem słońca i najukochańszą istotą na świecie. Od dnia urodzenia przeszła długą drogę i jest już małą dziewczynką. 

Chodzi, biega, próbuje podskakiwać, coraz pewniej porusza się na zjeżdżalniach. Kocha place zabaw, huśtawki, bujaczki, misie, świnkę Peppę, inne dzieci (ostatnio szczególnie dziewczynki), wodę i książki. Rośnie jak na drożdżach - waży ok 13 kg, nosi ubranka 86 - 92, rozmiar buta 21 - 22. Wiele osób daje jej na oko 2 lata, a to taka mała kruszynka jeszcze. 

Rozwija się bardzo dobrze i praktycznie nie mamy z nią problemów. Zębów ma już 12, czekamy teraz na trójki (bywa różnie ;)) Powoli zaczyna się się buntować, szczególnie, gdy jest zmęczona, lub gdy ma za dużo bodźców. Pokazuje wtedy pazurki - czasem nawet próbuje gryźć lub kładzie się z płaczem na podłodze. Jednak jest to do przeżycia, może dlatego, że nie tak często i kończy się zawsze przytulaniem. Z czasem pewnie będzie gorzej, ale jakoś tak mam wrażenie, że jestem na te jej fochy psychicznie przygotowana.

Potrafi nas rozbroić swoimi minami - zalotnym spojrzeniem, słodkimi uśmiechami, przechylaniem główki na bok czy mrużeniem oczu. Jest wtedy zarazem słodka i zabawna. Gdy ma dobry humor rozdaje buziaki. Lubi też wygłupiać się na łóżku rodziców i bawić się w dorosłe życie, czyli karmić lalki, układać je do snu i wozić w wózeczku. Nie cierpi natomiast myć włosów - co się wtedy wyprawia to głowa mała.

Milenka jest do mnie bardzo przywiązana, czyli właściwie nie odstępuje mnie na krok. Bywa to uciążliwe i czasem ktoś zwraca uwagę, że za bardzo ją do siebie przywiązuję, ale ja wiem że to nie ja, tylko ona. A skoro ma taką potrzebę, to nie mam nic przeciwko temu. To, że wisi mi na nodze, jak zmywam naczynia, albo asystuje w myciu włosów czy goleniu nóg - już się przyzwyczaiłam :) Jeśli chodzi o relację z tatą, to jest ok, ale jak mnie nie ma w pobliżu. Ostatnio przez ciążę nie daję rady wychodzić na dwór popołudniami i wtedy Piotrek wychodzi z Milenką. Jest to ich czas i fajnie sobie radzą. Milenka przywiązała się też bardzo do mojej mamy dzięki temu, że opiekowała się nią, gdy pracowałam. Teraz mają bardzo fajny kontakt i obie lubią ze sobą przebywać. 

Milenka zaczyna powoli mówić. Powtarza po nas jedno lub dwusylabowe wyrazy, zapamiętuje końcówkę dłuższych. Mówi "mama, tata, babcia, dziadzia, jujek (wujek), ciocia, Zuzia, Peppa ;), pizza, rzuć, rece (ręce), uszi (uszy), oszi (oczy), je, pić, miś, dzidziuś, mniam, pi (śpi), tak (to akurat bardzo rzadko), nie (bardzo często), chce, kotek, piese (piesek)" a wiele innych wyrazów powtarza sylabizując. Dziś zaskoczyła mnie bardzo w czasie wizyty u szwagierki. Jedliśmy obiad, Milenka siedziała na przeciwko dzieci i nagle mówi: "Zu-zia je" - normalnie szok :)

Jedyna rzecz, która mnie męczy to alergia Milenki, ale o tym będzie niedługo osobny post.

A tym czasem kilka zdjęć małego smyka:








Hehe, mogłabym zaśpiewać za popularną piosenką: "Ja uwielbiam ją, ona tu jest, i tańczy dla mnie";)

Kocham Cię Milenko, pamiętaj o tym zawsze :*********

12 sierpnia 2014

O tym, jak los płata figle

Ciąża 1:
11tc - badania prenatalne - będzie chłopiec
20 tc - USG u lekarza prowadzącego - na 100% dziewczynka

Ciąża 2: 
11tc - badania prenatalne - będzie dziewczynka
16 tc - USG u prowadzącego - dziewczynka
19 tc - USG u prowadzącego - na 100% chłopiec

Więc ja się pytam: czy te siusiaki to się pojawiają i znikają? ;)

Będzie więc teraz chłopczyk - mały braciszek Milenki.

Cieszę się, bo parka, komplet, sprawa zamknięta, itp. Ale jednocześnie jest mi trochę żal. Już nastawiłam się na babski gang, ligę trzech przeciw jednemu facetowi w rodzinie. Wspólne zakupy, malowanie i inne babskie rozrywki. A tu chłop! 

Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - Piotrek już wyobraża sobie wspólne mecze piłki nożnej i inne męskie rozrywki (piwo?... jakoś nic innego nie przychodzi mi do głowy ;))

Tak więc chłopczyk. 
Ciągle jeszcze jestem skołatana tą nagłą zamianą płci...

11 sierpnia 2014

Aktywnie w ciąży

Brr, sam tytuł posta nie zachęca do czytania ;) Aktywnie w ciąży? Ale po co? W ciąży leżymy, jemy i nic nie robimy - takie prawo ciężarnych ;) 

Ale właśnie postanowiłam na przekór temu popularnemu myśleniu trochę się w ciąży poruszać. Oprócz rozrywek, które zapewniają mi Milenka i mąż ;), chciałam znaleźć ćwiczenia, które mogę wykonywać bez obaw o bezpieczeństwo maluszka, a z pozytywnym efektem dla ciała. Dlaczego? Otóż moje ciało wręcz się o to prosiło. Od okresu biegania, które pokochałam całą sobą, minęły 4 miesiące bez jakichkolwiek treningów. Zwiększyłam masę o 6 kg (już!), utraciłam mięśnie i ogólnie stałam się już takim chodzącym flakiem. Mój kręgosłup przypominał o sobie przy każdej prawie zmianie pozycji. Pamiętając, jak po pierwszej ciąży długo gubiłam zbędne kilogramy i jak ciężko było mi ćwiczyć, postanowiłam działać. 

Na YouYube znalazłam bardzo fajną serię ćwiczeń dla kobiet w ciąży, nagraną przez Angelikę Pióro. Jest to kilkanaście 15 minutowych filmików z różnymi zestawami ćwiczeń, które mają na celu ujędrnienie ciała, wzmocnienie mięśni oraz kręgosłupa (nie chudnięcie!). Tu wklejam link do pierwszego zestawu: https://www.youtube.com/watch?v=O_lq1ttGxwE&list=PLxO5WPLMR0pd_pzAeC8maUC4Lgjq-QNLC&index=1

Ćwiczę już trzeci dzień (co dwa dni) i jestem bardzo zadowolona. Wiem, że to krótko, ale przede wszystkim odczuwam wyraźną ulgę w kręgosłupie. Już mnie nie boli! A ten cudowny efekt uzyskałam po pierwszym razie! Cieszę się bardzo, bo mam nadzieję, że dzięki temu uda mi się przejść ciążę i połóg w lepszej kondycji. 

Jeśli chodzi o nacisk na brzuszek, to ćwiczenia są tak zmodyfikowane, że nie ma żadnych nacisków. Dziecko jest bezpieczne, choć niektóre ćwiczenia są dedykowane właśnie mięśniom brzucha. 

Wiadomo, po czterech miesiącach, ćwiczenia wykonuje mi się dość ciężko, ale nie mam ciśnienia, żeby wykonać wszystkie - robię tyle, ile mogę. Często dwie seria zamiast trzech, a czasem nawet jedną, jeśli czuję, że już nie daję rady. Nie o to chodzi, żeby się zajechać, tylko żeby ćwiczyć z głową :) 

Mam nadzieję, że uda mi się ćwiczyć jak najdłużej i że efekt będzie pozytywny. Jak mówią, ciąża to nie wymówka... ;)

3 sierpnia 2014

Ulubieńcy lipca 2014

Lipiec był upalny, prawdziwie letni i bardzo intensywny. 

Zauważyłam bardzo duże zmiany w rozwoju Milenki - przede wszystkim jest coraz bardziej samodzielna i z każdym dniem więcej rozumie. Nabiera też całkiem niezłej pewności ruchowej. Nawet zaczęła ostatnio biegać na krótkie odcinki. Rośnie jak na drożdżach - ja sama patrząc po wzroście dałabym jej spokojnie dwa lata :) Ale więcej szczegółów z jej rozwoju będzie w poście na 18 miesięcy - to już wkrótce! Ech, czas tak szybko leci...

A oto lipcowi ulubieńcy mojego dziecka:

1. morze i plaża oczywiście :)



2.woda i plaża również niemorska :)


3. osobista woda i plaża na balkonie


4. zjeżdżalnia - zaliczamy następny poziom czyli samodzielne wchodzenie po schodach na ten sprzęt


5.wchodzenie po i schodzenie z każdych napotkanych podjazdów i schodów (kilka razy pod rząd):


6."Wiosna na ulicy Czereśniowej" - hit książkowy:


7. "Świnka Peppa" - hit gazetkowy i telewizyjny:


8. chodzenie na barana u Taty:


Ciekawe co przyniesie sierpień... :)

28 lipca 2014

Kto czyta nie błądzi!

Upalny lipiec wciąż trwa, więc czas na nasz udział w zabawie wymyślonej przez Magdę na jej blogu: W biegu pisane...

Przedstawiamy listę pięciu książek, które umilały Milence i mnie czas przez ostatnie miesiące. Od razu napiszę, że książek takich jest dużo więcej, ale na te zwróciłam szczególną uwagę, bo wydają mi się dobrym wyborem dla malucha w wieku pomiędzy 1 a 1,5 roku. Z moich obserwacji Milenka w tym właśnie okresie uwielbiała wszelkie książeczki ze zwierzątkami i takie, w których pełno wyrazów dźwiękonaśladowczych. Oto nasze "lektury obowiązkowe":

* "Lukrecja" Przemysława Wechterowicza z ilustracjami Diany Karpowicz


Opowiada o dniu z życia sympatycznej, fioletowej krówki Lukrecji. Książka jest w dużym formacie, z dużymi ilustracjami i krótkimi tekstami. Rysunki są bardzo oryginalne, mam wrażenie jakby były rysowane na ścianie bloku, także cieszą i ciekawią oko dorosłego czytelnika. A opowieść o Lukrecji jest bardzo zabawna - moje dziecko często śmieje się w czasie jej czytania. Plus za krótkie teksty - Milenka ostatnio nie chce się skupić na dłużej na jednej stronie, więc ta oszczędność nam bardzo odpowiada. Są też wyrazy dźwiękonaśladowcze - mniam, mniam, wow, a psik. Może to wyda się śmieszne, ale to po tej książce Milenka nauczyła się tych słów. Tak więc jak dla mnie książka idealnie dopasowana rozwojowo do 1,5 rocznego malucha. 

* "Księga dźwięków" - Soledad Bravi


Ta książka towarzyszy nam już ponad rok! Jej stan fizyczny uległ "naturalnemu" rozbiorowi z prostej przyczyny - jest w ciągłym użyciu. Za co ją lubimy? Milenka uwielbia powtarzać dźwięki opisane w książce. Co jakiś czas zmienia te, które najbardziej jej się podobają, powraca do innych, pokazuje zwierzątka, naśladuje dzwon. A ja mogę się powygłupiać udając lwa, małpkę czy weża ;) Myślę, że zainwestuję w drugi egzemplarz, gdy na świecie pojawi się dziecię nr 2.


* "Wokół nas:Na wsi" Wydawnictwo Zielona Sowa


Kolejna książka z mnóstwem zwierzątek. Kotki, pieski, koniki, krówki, itd., itp. Wszystkie wydają dźwięki za pomocą mamy ;) Jest tu kolorowo i wesoło, a dziecko uczy się jak wygląda życie na wsi. Nasza ulubiona zabawa z tą książką to pokazywanie, gdzie są zwierzaki i zaraz potem, jaki wydają dźwięk. Dzięki tej książce Milenka nauczyła się na przykład jak wygląda bocian i że robi "kle kle", a babcia potrafi upiec chleb. Ta książka to jedna z czterech z serii "Wokół nas". Pozostałe to: "Zwierzęta", "Rośliny", "W lesie". Są to grube kartonówki godne polecenia dla tych, kótrzy chcą pokazać dzieciom, jak wygląda otaczający nas świat.

* "Babo chce" Eva Susso i Benjamin Chaud


Jest to ostatnia książka, jaką kupiliśmy z tej serii wydawnictwa Zakamarki, ale za to zdecydowanie nasza ulubiona. Ajsza i Babo wyruszają do lasu razem z psem i kurą. Na swojej drodze spotykają łosie, wiewiórki, zające i dziki. Milenka uwielbia tą opowieść, a szczególnie moment, gdy pojawiają się chrumkające dziki. Książka pełna jest wyrazów dźwiękonaśladowczych, które, jak już zauważyliście, są u nas hitem ;) Jest tu również pokazana sympatyczna rodzina, której członków Milenka zna już chyba na pamięć i potrafi pokazać każdego z nich.

* "Wesołe przebieranki: Czas na zabawę" z ilustracjami Melissy Four


Zupełnie inna pozycja od pozostałych. Brak tu dźwięków, są za to... magnesy. Zabawa polega na ubraniu dzieci na każdej ze stron książki w odpowiednie magnesowe ubranka. I choć wiadomo, że roczne czy 1,5 roczne dziecko nie rozpoznaje jeszcze wszystkich ubranek i nie wie dlaczego na basenie musi być kostium kąpielowy, a na deszczu kalosze, to frajdy jest co nie miara, bo magnes można przyczepić, zdjąć, przyczepić, zdjąć i tak w kółko ;) Polecam, jako fajną odmianę od tradycyjnych książek. A jeszcze jeśli dziecko uwielbia magnesy, tak jak Milenka, to satysfakcja gwarantowana.

Jeśli ktoś z Was też ma ochotę na dołączenie do zabawy, która trwa do końca lipca, to zapraszam na blog Magdy (link na samej górze). Pochwalcie się co Wasze dzieci lubią czytać!


24 lipca 2014

16 tydzień ciąży

To już 16 tydzień ciąży, a ja właśnie zorientowałam się, że jeszcze nie pisałam tu takiego typowego wpisu ciążowego. Pora to nadrobić, bo chwile przeciekają przez palce i znów nie będę mieć żadnej pamiątki...

Ten tydzień jest poniekąd przełomowy - od wczoraj jestem na zwolnieniu lekarskim i ... odetchnęłam. Przyznam szczerze, że dopiero teraz mam w sobie spokój ducha. Nareszcie mogę myśleć o mojej rodzinie, o przyszłości, dzieciach i naszym życiu. Praca, wiadomo, potrzebna jest, ale odczuwam wyraźną różnicę w moim samopoczuciu, gdy wiem, że ta część mojego życia już mi "nie zawraca głowy". Ostatnie dni w pracy były nie do zniesienia - każdy oczekiwał ode mnie, że będę pracować za wszystkich wkoło i to najlepiej do dnia porodu, choć już dwa miesiące temu uprzedziłam ich, że niedługo idę na zwolnienie. Fatalnie się z tym czułam i wahałam się długo, czy to dobry moment, czy nie zawiodę współpracowników, ale jednak fizycznie też już nie dawałam rady. Na szczęście mam przy sobie męża, który wybił mi z głowy poczucie winy. Dziecko i zdrowie są przecież najważniejsze! 

Już dziś widzę różnicę - czas, który mogę poświęcić Milence pojawił się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. W końcu nie muszę walczyć z nią, żeby rano się wyszykować do pracy, a po południu ogarnąć jakoś dom, czy zrobić zakupy. Po prostu spędzamy razem czas i jakoś tak samo się wszystko układa. Jest zabawa, sprzątanie, zakupy i inne, ale w naszym tempie, bez pośpiechu i stresu, że czegoś zapomnę.

A co do dzidziusia numer dwa, to jak na razie wszystko jest w jak najlepszym porządku. Lekarz jest zadowolony z jego rozwoju, jak i z przebiegu ciąży. Brzuszek już ładnie widać:

Selfie brzusia ;)

Trudno samemu zrobić sobie fotkę z rąsi, ale mam nadzieję, że wyszło :)

Póki co, ruchów płodu nie czuję, za to często pobolewa mnie rana po cesarce. Lekarz uspokoił mnie, że to normalne, tym bardziej, że nie minęło wiele czasu pomiędzy jedną ciążą a drugą. Bolą mnie po prostu zrosty, które się rozciągają wraz z brzuszkiem. Jeśli chodzi o wagę, to przytyłam już 4 kg wg mojej wagi (1 kg na miesiąc). Wg wagi lekarza 1 kg (0,25 kg na miesiąc). Nie pytajcie mnie jak to możliwe, ja w każdym razie ufam mojej wadze, bo widzę się w lusterku i wiem, że na pewno przytyłam więcej niż ten jeden kilogram. Zastanawiałam się, czy nie wprowadzić jakiejś zdrowej diety dla ciężarnych, ale odpuściłam tę myśl. Kocham jeść i w czasie ciąży nie zamierzam sobie żałować. Wiadomo, zero używek, bardzo pikantnych i surowych dań, ale poza tym bez ograniczeń ;) Chciałabym tylko znaleźć jakieś ćwiczenia dla ciężarnych, tak żeby utrzymać kręgosłup w formie - może macie jakieś sprawdzone filmy lub strony w internecie? Chętnie skorzystam z porady.

Wygląd skóry na brzuchu na razie jest w miarę ok. Widzę rozstępy po pierwszej ciąży, ale brak nowych. Czas jednak zaopatrzyć się w odpowiedni krem, by pomóc skórze utrzymać jędrność. W pierwszej ciąży używałam kremu na rozstępy Mama i ja z AA i byłam nawet zadowolona, ale rozstępów nie uniknęłam. Po ciąży próbowałam zniwelować szkody BioOilem, ale nie byłam zachwycona - przede wszystkim konsystencja trudno wchłaniającego się olejku nie odpowiadała mi. A efekty też były średnie. Może Wy macie jakieś sprawdzone specyfiki?

A na koniec różnica, którą odczuwam kolosalnie pomiędzy pierwszą a drugą ciążą: stopień przejęcia. Pamiętam, że w ciąży z Milenką żyłam nią w 100%. Wciąż zastanawiałam się, jaki będzie poród, jakie będzie moje dziecko, przygotowywałam się od początku, szukałam w internecie wszelkich informacji, fora i książki czytałam od A do Z. W tej ciąży jestem od tego daleka. Po pierwsze, wiem już mniej więcej co z czym się je, a po drugie, jest Milenka, której poświęcam swój czas. I jest fajnie. Jakoś tak bardziej na luzie :) I oby tak całą ciążę!

 

19 lipca 2014

Plażing :)

Dziś ciąg dalszy relacji z nad morza. Tym razem część dużo przyjemniejsza i zarazem moja ulubiona - morze i plaża :)

Kocham nasze polskie morze bardzo, bardzo, bardzo, bardzo... ! Ono chyba też mnie lubi, bo zawsze jak nad nim jestem, jest piękna pogoda :) W tym roku też tak było. 

Plaże w Jarosławcu były dwie: centralna i położona z boku bliżej Rusinowa. My chodziliśmy na tą drugą, gdyż była bliżej naszego ośrodka. Ta plaża to był prawdziwy raj - morze czyściutkie (tak, uwierzcie, że można było oglądać w wodzie własne stopy :)), piach drobny, jedwabisty i również czysty (bez petów, kapsli po piwie, itp.) W morzu były miejscami kamienie i to chyba one tak dobrze filtrowały wodę. Był też piach i dało się normalnie wejść do wody. Woda oczywiście była zimna, jak to w naszym morzu, ale dało się wejść choćby do kolan dla ochłody. Dzieci miały swój mały basenik, w którym woda szybko się nagrzewała, więc też mogły korzystać z kąpieli. Co prawda, bardziej interesowało je wrzucanie kamyków i piachu do tego baseniku ;), ale nawet mimo to woda chłodziła idealnie.

Plaża była dość szeroka i mało zagęszczona. Dzieciaki biegały od morza do klifu, zbierały kamyki, przesiadywały na falochronach i w kałużach ciepłej wody, taplały się w basenikowym błotku, no mówiąc krótko - były przeszczęśliwe :) Były próby gry w piłkę i puszczania latawca, ale Milenka i Szymon byli tak sobą zajęci, że te rozrywki pozostały raczej dorosłym ;)

Garść fotek - przenieście się tam razem z nami:












Taka woda!


Fale dla odważnych morsów ;)




A na koniec zachód słońca, który mogliśmy podziwiać każdego dnia z naszego ośrodka :)