30 grudnia 2013

Najwygodniej śpi się niewygodnie

Od jakiegoś czasu Milenka zadziwia mnie pozycjami, które wybiera do spania.
Tak, tak, skończyły się czasy spania na plecach. 
Teraz najwygodniej jest tak:


 albo tak:


W poprzek łóżeczka to standard:


 Na siedząco? Czemu nie:


 A to już kombinacja iście alpejska:


I specjalnie dla mamy: z dupką w górze.


Dałybyście tak radę;)
Słodkich snów!!

26 grudnia 2013

Święta za nami!

Pierwsze Święta Bożego Narodzenia Milenki dobiegają końca.
Czas spędzony w gronie rodzinnym dobrze nam wszystkim zrobił. Nie było pośpiechu, nie było kłótni, nerwów, dogryzania i tym podobnych. Wigilię spędziliśmy u moich rodziców, pierwszy dzień Świąt u teściów, a dziś mieliśmy czas dla siebie. Dla naszej Trójki - czas na umocnienie więzi nadwątlonych przez przedświąteczne przygotowania. Tak, przygotowania to zupełnie inna bajka, ale na szczęście to już dawno za nami. Tyle tylko, że przez tą nerwówkę nie miałam w ogóle czasu na blogowanie i teraz nadrabiam zaległości ;)

Święta przyniosły nam piękny prezent - Milenka zaczęła raczkować! Dziś, gdy patrzyłam, jak przemierza przedpokój na czworaka to prawie się popłakałam z dumy i wzruszenia - ech, serce matki jest bardzo wrażliwe. Dodam tylko, że w te Święta popłakałam się też na filmie "Wyobraź sobie" z Eddiem Murphym. Film taki sobie, ale opowiada o więzi ojca z córką, więc od razu wyobraziłam sobie Milenkę i Piotrka. Nie ukrywam, że Piotrek też się wzruszył i tak sobie chlipaliśmy razem na kanapie przed telewizorem...

Nasze dziecię zniosło bardzo dobrze świąteczne zamieszanie. Bawiło się z kuzynami, zostało wycałowane i wypieszczone przez dziadków, dostało kilka prezentów. Największą furorę zrobiła choinka. Fascynacja trwa i na hasło choinka Milenka pokazuje paluszkiem nasze małe drzewko. Najchętniej dostałaby je w swoje ręce, ale wiadomo, choinka by tego nie przetrwała ;) No a dziś dałam do spróbowania Milence bigosu. Byłam przekonana, że kwaśna kapusta jej nie posmakuje, ale jak zwykle moja córka mnie zaskoczyła - jakby mogła, to by zjadła całą miskę.

I tak sobie rodzinnie świętujemy - w dzień z Milenką, wieczorami we dwoje przytuleni w blasku świątecznych świateł i świec. Aż żal, że jutro dopadnie nas pracująca rzeczywistość...


Mam nadzieję, że i Wam Święta minęły równie radośnie i leniwie!

14 grudnia 2013

10 miesięcy!

Tak, to właśnie dziś Milenka skończyła dziesięć miesięcy. A ponieważ dawno nie robiłam już podsumowania miesięcznego, to teraz nadrabiam :)

Waga: 10 kg
Wzrost: 78 cm
Ubranka: większość 80 cm
Zęby: 5 - wszystkie jedynki i prawa górna dwójka


A poza tym mój mały niemowlaczek strasznie "wydoroślał". Mam wrażenie, że przez ostatnie dwa miesiące moja córeczka nagle zaczęła bardzo dużo rozumieć. Pokazuje paluszkiem, co chce lub co ją ciekawi. Moja mama nauczyła ją pokazywać oczko na misiach i lalkach, ale Milenka potrafi też już pokazać inne rzeczy, szczególnie gdy oglądamy książeczki. Jest jedna taka książeczka: "Lalo gra na bębnie" i podczas jej czytania Milenka po kolei pokazuje całą rodzinę. Potrafi też pokazać bezbłędnie tatę z tej rodziny (prawdopodobnie dlatego, że jest wizualnie podobny do Piotrka) i żabę. Coś niesamowitego!

Oprócz tego mój szkrab macha na pożegnanie, przybija piątkę (jeszcze niemrawo) i powoli zaczyna reagować na podanie ręki. Robi kosi kosi, lubi grać na bębenku. Z zabawek bardzo lubi misie i lale. Tuli się do nich lub je podgryza ;) Zaczyna też bawić się klockami i sorterami. Ostatnio polubiła też chusteczki nawilżane - wyciera nimi co popadnie, od podłogi po zabawki i siebie. A dziś nawet, zostawiona na 2 minuty sama w pokoju, urządziła w nim demolkę. I może to dziwne, ale jak to zobaczyłam, to strasznie byłam z niej dumna ;) 


Dużo gada. Do nas, do siebie. Śmieje się na 10 różnych sposobów - od chichotu po rubaszny śmiech. Reaguje na komendę "Nie wolno". Nie wiem, czy do końca ją już rozumie, ale przestaje wtedy robić to, co akurat robi i patrzy niepewnie, co dalej. Zwykle wtedy odciągam ją w inne miejsce. Milenka złości się, gdy odbierze się jej zabawkę, którą akurat jest bardzo zajęta, albo gdy jest głodna. Nie cierpi się ubierać i leżeć na przewijaku. Gdy jest zmęczona, lub gdy bolą rosnące ząbki, obiera kierunek: mama. Wtedy z daleka zbliża się i nie ma innej opcji, jak tylko noszenie na rękach. Na szczęście takie momenty, nie trwają długo.

Milenka ciągle nie raczkuje. Moja córka opracowała sobie sposób poruszania się na siedząco. Wygląda to dość dziwacznie i jest mało efektywne, bo nogi jej się czasem plączą, ale jakoś daje radę. Podpiera się rękami o ziemię i ciągnie za sobą dupkę i nóżki wygięte w bok. Dziś zdarzyło jej się przejść z siadu do pozycji na czworaka, więc mam nadzieję, że teraz pójdzie z górki i w końcu zacznie raczkować. 

Tak się przemieszczam

Za to potrafi z pozycji na brzuszku podnieść się do siadu. Dziś po południowej drzemce zastałam ją właśnie siedzącą w łóżeczku i zajętą zabawą misiem. W ogóle ma mnie nie zwróciła uwagi. A jeszcze jakiś czas temu po przebudzeniu był od razu płacz, żeby ją z łóżeczka podnieść. Rośnie mi córa, rośnie...

Jeśli chodzi o rytm dnia, to wciąż mamy dwie drzemki. Kilka razy zdarzyło się, że Milenka nie chciała spać rano i wtedy miała tylko jedną drzemkę. Po przebudzeniu je mleko z kaszką jaglana, potem kaszkę z jabłkiem lub gruszką, zupkę, mleko, jakiś owoc bądź chrupki kukurydziane i mleko z kaszką przed snem. Mleka je coraz mniej, czasem tylko pół zalecanej porcji. Inne posiłki je chętnie i powoli robię próby z mniej zmiksowanym jedzeniem. Raz podałam rosół z kluseczkami, ale Milenka nie chętnie go zjadła. Za to polubiła się z ryżem. Kiedyś dałam jej łyżkę ryżu na tacę. Złapała w rączkę i zlizała ziarnko po ziarenku z paluszków. Wyglądało to bosko i wierzcie mi nie zostało ani jedno ziarenko ryżu. Gdy je chrupki kukurydziane dzieli się nimi ze mną. Jeden gryz ona, jeden mama. I nie ma zmiłuj jak mama nie ma ochoty - trzeba zjeść :) Uwielbia się kąpać i chlapać rękami. Lubi też myć ręce. Przy umywalce potrafi wysiedzieć 15 minut i taplać się w wodzie.


Milenka zaczyna też podrygiwać do muzyki. To dopiero super wygląda. Siedzi sobie i nagle tułowiem rzuca na boki :)) Słodka jest.

W ogóle to moja córeczka jest moim skarbem! Nie mogę się nadziwić, jak szybko rośnie i jak wiele już rozumie. Kocham ją nad życie! Wszystkiego najlepszego kociaczku :**

12 grudnia 2013

Czego możemy nauczyć się od Francuzek

Jakiś czas temu pożyczyłam od koleżanki książkę Pameli Druckerman "W Paryżu dzieci nie grymaszą". Książka jest bardzo ciekawa, szczególnie dla osób lubiących temat różnic kulturowych. Autorka to Amerykanka zamieszkująca i wychowująca trójkę swoich dzieci w Paryżu. Z zaskoczeniem obserwuje francuski model wychowania i opisuje go porównując do modelu amerykańskiego. Jest tu wiele ciekawostek, drobnych rad i przykładów, pokazujących jak wychować dziecko na mądre, ułożone i inteligentne. Można się z tymi poradami zgadzać, można nie. Ale ja dziś akurat nie o tym...


Książka ma jeden rozdział, który szczególnie zapadł mi w pamięci: "Uwielbiam tę bagietkę". Traktuje on o relacjach między rodzicami i według mnie powinien być lekturą obowiązkową każdej świeżo upieczonej matki. Autorka pokazuje różnice między stosunkiem Amerykanek a Francuzek do swoich mężów czy partnerów. 

Według autorki Amerykanki są wiecznie zrzędliwe, wymagające, pragnące by partner w pełni dzielił z nimi obowiązki rodzicielskie. Nigdy nic im nie pasuje i potrafią zrobić aferę o byle co. Mają postawę roszczeniową i nie są też w stanie zdobyć się na pochwałę męża za jego pracę i wkład w utrzymanie rodziny, bo uważają, że im się to należy. Francuzki z kolei są inne. Również wymagają podziału obowiązków i pomocy przy dzieciach, ale wszystko to traktują bardziej "na luzie". Nie wybuchają, gdy mąż o czymś zapomni, nie narzekają ustawicznie i potrafią docenić drobne gesty, takie jak choćby kupienie na śniadanie ulubionej bagietki. Wynika to poniekąd z przekonania Francuzek, że mężczyzna to tylko mężczyzna i nigdy nie będzie umiał tak zajmować się dziećmi czy domem jak kobieta. Nie trudno się domyślić, że Amerykanie częściej się kłócą i przeżywają kryzysy w małżeństwie niż Francuzi. 

A piszę to wszystko dlatego, że niestety odnalazłam się w postaci matki amerykańskiej. Dzięki tej książce dostrzegłam, jak bardzo nie doceniam mojego męża, który może idealny nie jest, ale stara się i co krok pokazuje, jak ważne jesteśmy dla niego z Milenką. Nie chodzi przecież o to, żeby mąż był na nasze usługi, bo mi się to należy. On to robi, bo chce, a nie bo tak ma być. Teraz widzę, ile razy byłam dla niego niesprawiedliwa, i podziwiam go za to, że wytrzymuje moje ustawiczne zrzędzenie, poprawianie go i pouczanie. Nie każdy dałby radę...

A na dokładkę, w tym roku zapomniałam o jego urodzinach...


Gdzieś kiedyś przeczytałam, że mężczyzna wraca chętnie do domu, gdy czeka na niego uśmiechnięta kobieta. Teraz staram się zawsze witać Piotrka w drzwiach uśmiechem i wierzcie mi, że to działa. Przedtem, gdy wracał do domu był zmęczony i zły. A teraz odwzajemnia mój uśmiech i jest tak jakoś lepiej, cieplej, bardziej rodzinnie. Polecam - uśmiech czyni cuda!

9 grudnia 2013

Od nadmiaru głowa nie boli?

Święty Mikołaj odwiedził Milenkę!
Przyniósł jej w darze klocki,  sorter, bączka i piramidę z kółek.
 Za prezenty pięknie dziękujemy :)


Spytacie być może, skąd pozostałe zabawki na zdjęciu, a wierzcie mi, był ich prawie cały dywan.
Otóż, jeden z Mikołai postanowił przynieść jeszcze wór innych misiów, sorterów i piramid po swoich dzieciach. W taki oto sposób mamy aż 3 sortery, dwie piramidy, kolejną gadającą maskotkę i 4 dodatkowe misie... Co na to Milenka? Była tak skołowana nadmiarem wrażeń, że aż mi jej było w pewnym momencie szkoda.

Większość zabawek schowałam, bo myślę sobie, że będę je stopniowo Milence dawać. Ale najchętniej to części z nich w ogóle bym nie wyciągała. Bo po co dziecku aż tyle zabawek? Czy mając taki wybór jest ono w stanie skupić się na zabawie? Patrząc po dzieciach, po których te zabawki są, stwierdzam, że chyba nie. Żadna zabawka nie gości dłużej w ich rękach niż minutę. Nie potrafią też uszanować żadnej zabawki. Połowa z tych, które dostaliśmy, jest popsuta, choć to akurat nam nie straszne, bo my się bawimy nawet zepsutymi zabawkami z szacunku do nich własnie. Jednak prawdę mówiąc, poczułam się trochę jak taki "śmietnik"...

I mam dodatkowo dylemat. Staram się uczyć Milenkę szacunku do zabawek. Wymyślam jej wiele zabaw przy ich niewielkiej. Każda miś czy lalka jest u nas w codziennym użytku do znudzenia lub do zdarcia. A potem znów, bo zawsze można jeszcze jakoś wykorzystać. I teraz, gdy tyle zabawek dostaliśmy (znowu, bo to nie pierwszy raz), kłóci się to z moimi zasadami. Jak dla mnie Mikołaj powinien przynosić wyjątkowe prezenty, a nie taką ich ilość, by każdy kolejny nie robił już różnicy. Poza tym, dziecko nie powinno żyć w "sklepie z zabawkami", bo traci z nich radość i nie potrafi później docenić. 

Tylko jak to wytłumaczyć "dobremu" Mikołajowi? Przecież powinnam się cieszyć, że tyle fajnych i (co najważniejsze) markowych zabawek Milenka dostała za darmo...


Tu jeszcze przed wizytą Mikołaja       


3 grudnia 2013

Genetycznie o skazie białkowej

Powoli, ale skutecznie rozszerzam dietę Milenki. Dzięki obserwacji wiem, że na pewno uczulają ją ziemniaki i dynia. Oczywiście, białko mleka krowiego i wszystkie jego pochodne. Ale poza tym, Milenka może jeść: marchewkę, pietruszkę, cebulę, brokuły, indyka, kurczaka, królika, fasolkę szparagową, buraki, jabłka, gruszki, maliny i nektarynki. Je też chrupki kukurydziane, kaszkę jaglaną i czasem podgryza chleb, który w składzie nie ma pochodnych mleka. Całkiem nieźle :) 
Testowaliśmy też seler (!) i tu mam małą zagwostkę, bo niby wszystko w porządku, ale minimalna wysypka nad prawą kostką się pojawiła. Z pozostałych objawów - pojawiła się znów ciemieniucha. Powoli ją zwalczam, ale nie mam pojęcia czy to od selera, czy nie. Ciemieniuchę zauważyliśmy w sobotę, ale nie wiem kiedy dokładnie się pojawiła, bo długie włoski Milenki skutecznie przesłaniają skórę głowy. No cóż, myślę, że za jakiś czas wrócę do selera i będę obserwować reakcje.

A tak na marginesie, okazuje się, że ja chyba też mam skazę białkową...
Jak do tego doszłam? Przede wszystkim wiadomo, że alergie są genetycznie dziedziczne. Po kimś więc Milenka musiała skazę "dostać w prezencie". Myślałam jednak, że chodzi tylko o występowanie skazy w rodzinie mojego męża. Jednak jakiś czas temu moją uwagę zwróciła Ewa (tak, ta Ewa, którą dobrze znacie;)) mówiąc, że mam na ramionach kaszkę, która jest czasem objawem alergii. Nigdy nie zwracałam uwagi na tą kaszkę, więc nie szczególnie się nad tym zastanawiałam. Przypomniało mi się jednak, że gdy byłam w przedszkolu miałam za uszami suchą skórę, tak jak miała Milenka jakiś czas temu, i ranki trudne do wygojenia. Ostatnio natknęłam się też na artykuł w "Elle" http://www.elle.pl/uroda/artykul/bezmleczna-droga. Dał mi on mocno do myślenia. Przypomniałam sobie, że w ciąży miałam dużą wysypkę w zgięciach łokci, którą wtedy kojarzyłam z nadmiernym poceniem w tym okresie. W ciąży jadłam bardzo dużo mleka, żeby dostarczać organizmowi wapń. Do dziś bywają dni, że wysypka powraca. No i te ciągłe pryszcze, za które winą obarczałam czekoladę. 
Odstawiłam więc mleko. I muszę przyznać, że czuję się o wiele lepiej, a i cera jakoś tak się nagle uspokoiła. A dziś mówię do mojej mamy, że chyba zrobię sobie testy na alergię pod kątem skazy, a ona na to, że to bardzo prawdopodobne, że ją mam, bo jak byłam niemowlakiem to miałam czerwone placki na policzkach! Olśnienie! Szkoda tylko, że wcześniej nie mogła sobie tego przypomnieć...

I cóż robić... zastanawiam się jak temat ugryźć. Czy przejść od razu na dietę bezmleczną, czy najpierw iść do alergologa.W każdym razie cieszę się, że w końcu wiem, gdzie tkwi problem.