30 grudnia 2013

Najwygodniej śpi się niewygodnie

Od jakiegoś czasu Milenka zadziwia mnie pozycjami, które wybiera do spania.
Tak, tak, skończyły się czasy spania na plecach. 
Teraz najwygodniej jest tak:


 albo tak:


W poprzek łóżeczka to standard:


 Na siedząco? Czemu nie:


 A to już kombinacja iście alpejska:


I specjalnie dla mamy: z dupką w górze.


Dałybyście tak radę;)
Słodkich snów!!

26 grudnia 2013

Święta za nami!

Pierwsze Święta Bożego Narodzenia Milenki dobiegają końca.
Czas spędzony w gronie rodzinnym dobrze nam wszystkim zrobił. Nie było pośpiechu, nie było kłótni, nerwów, dogryzania i tym podobnych. Wigilię spędziliśmy u moich rodziców, pierwszy dzień Świąt u teściów, a dziś mieliśmy czas dla siebie. Dla naszej Trójki - czas na umocnienie więzi nadwątlonych przez przedświąteczne przygotowania. Tak, przygotowania to zupełnie inna bajka, ale na szczęście to już dawno za nami. Tyle tylko, że przez tą nerwówkę nie miałam w ogóle czasu na blogowanie i teraz nadrabiam zaległości ;)

Święta przyniosły nam piękny prezent - Milenka zaczęła raczkować! Dziś, gdy patrzyłam, jak przemierza przedpokój na czworaka to prawie się popłakałam z dumy i wzruszenia - ech, serce matki jest bardzo wrażliwe. Dodam tylko, że w te Święta popłakałam się też na filmie "Wyobraź sobie" z Eddiem Murphym. Film taki sobie, ale opowiada o więzi ojca z córką, więc od razu wyobraziłam sobie Milenkę i Piotrka. Nie ukrywam, że Piotrek też się wzruszył i tak sobie chlipaliśmy razem na kanapie przed telewizorem...

Nasze dziecię zniosło bardzo dobrze świąteczne zamieszanie. Bawiło się z kuzynami, zostało wycałowane i wypieszczone przez dziadków, dostało kilka prezentów. Największą furorę zrobiła choinka. Fascynacja trwa i na hasło choinka Milenka pokazuje paluszkiem nasze małe drzewko. Najchętniej dostałaby je w swoje ręce, ale wiadomo, choinka by tego nie przetrwała ;) No a dziś dałam do spróbowania Milence bigosu. Byłam przekonana, że kwaśna kapusta jej nie posmakuje, ale jak zwykle moja córka mnie zaskoczyła - jakby mogła, to by zjadła całą miskę.

I tak sobie rodzinnie świętujemy - w dzień z Milenką, wieczorami we dwoje przytuleni w blasku świątecznych świateł i świec. Aż żal, że jutro dopadnie nas pracująca rzeczywistość...


Mam nadzieję, że i Wam Święta minęły równie radośnie i leniwie!

14 grudnia 2013

10 miesięcy!

Tak, to właśnie dziś Milenka skończyła dziesięć miesięcy. A ponieważ dawno nie robiłam już podsumowania miesięcznego, to teraz nadrabiam :)

Waga: 10 kg
Wzrost: 78 cm
Ubranka: większość 80 cm
Zęby: 5 - wszystkie jedynki i prawa górna dwójka


A poza tym mój mały niemowlaczek strasznie "wydoroślał". Mam wrażenie, że przez ostatnie dwa miesiące moja córeczka nagle zaczęła bardzo dużo rozumieć. Pokazuje paluszkiem, co chce lub co ją ciekawi. Moja mama nauczyła ją pokazywać oczko na misiach i lalkach, ale Milenka potrafi też już pokazać inne rzeczy, szczególnie gdy oglądamy książeczki. Jest jedna taka książeczka: "Lalo gra na bębnie" i podczas jej czytania Milenka po kolei pokazuje całą rodzinę. Potrafi też pokazać bezbłędnie tatę z tej rodziny (prawdopodobnie dlatego, że jest wizualnie podobny do Piotrka) i żabę. Coś niesamowitego!

Oprócz tego mój szkrab macha na pożegnanie, przybija piątkę (jeszcze niemrawo) i powoli zaczyna reagować na podanie ręki. Robi kosi kosi, lubi grać na bębenku. Z zabawek bardzo lubi misie i lale. Tuli się do nich lub je podgryza ;) Zaczyna też bawić się klockami i sorterami. Ostatnio polubiła też chusteczki nawilżane - wyciera nimi co popadnie, od podłogi po zabawki i siebie. A dziś nawet, zostawiona na 2 minuty sama w pokoju, urządziła w nim demolkę. I może to dziwne, ale jak to zobaczyłam, to strasznie byłam z niej dumna ;) 


Dużo gada. Do nas, do siebie. Śmieje się na 10 różnych sposobów - od chichotu po rubaszny śmiech. Reaguje na komendę "Nie wolno". Nie wiem, czy do końca ją już rozumie, ale przestaje wtedy robić to, co akurat robi i patrzy niepewnie, co dalej. Zwykle wtedy odciągam ją w inne miejsce. Milenka złości się, gdy odbierze się jej zabawkę, którą akurat jest bardzo zajęta, albo gdy jest głodna. Nie cierpi się ubierać i leżeć na przewijaku. Gdy jest zmęczona, lub gdy bolą rosnące ząbki, obiera kierunek: mama. Wtedy z daleka zbliża się i nie ma innej opcji, jak tylko noszenie na rękach. Na szczęście takie momenty, nie trwają długo.

Milenka ciągle nie raczkuje. Moja córka opracowała sobie sposób poruszania się na siedząco. Wygląda to dość dziwacznie i jest mało efektywne, bo nogi jej się czasem plączą, ale jakoś daje radę. Podpiera się rękami o ziemię i ciągnie za sobą dupkę i nóżki wygięte w bok. Dziś zdarzyło jej się przejść z siadu do pozycji na czworaka, więc mam nadzieję, że teraz pójdzie z górki i w końcu zacznie raczkować. 

Tak się przemieszczam

Za to potrafi z pozycji na brzuszku podnieść się do siadu. Dziś po południowej drzemce zastałam ją właśnie siedzącą w łóżeczku i zajętą zabawą misiem. W ogóle ma mnie nie zwróciła uwagi. A jeszcze jakiś czas temu po przebudzeniu był od razu płacz, żeby ją z łóżeczka podnieść. Rośnie mi córa, rośnie...

Jeśli chodzi o rytm dnia, to wciąż mamy dwie drzemki. Kilka razy zdarzyło się, że Milenka nie chciała spać rano i wtedy miała tylko jedną drzemkę. Po przebudzeniu je mleko z kaszką jaglana, potem kaszkę z jabłkiem lub gruszką, zupkę, mleko, jakiś owoc bądź chrupki kukurydziane i mleko z kaszką przed snem. Mleka je coraz mniej, czasem tylko pół zalecanej porcji. Inne posiłki je chętnie i powoli robię próby z mniej zmiksowanym jedzeniem. Raz podałam rosół z kluseczkami, ale Milenka nie chętnie go zjadła. Za to polubiła się z ryżem. Kiedyś dałam jej łyżkę ryżu na tacę. Złapała w rączkę i zlizała ziarnko po ziarenku z paluszków. Wyglądało to bosko i wierzcie mi nie zostało ani jedno ziarenko ryżu. Gdy je chrupki kukurydziane dzieli się nimi ze mną. Jeden gryz ona, jeden mama. I nie ma zmiłuj jak mama nie ma ochoty - trzeba zjeść :) Uwielbia się kąpać i chlapać rękami. Lubi też myć ręce. Przy umywalce potrafi wysiedzieć 15 minut i taplać się w wodzie.


Milenka zaczyna też podrygiwać do muzyki. To dopiero super wygląda. Siedzi sobie i nagle tułowiem rzuca na boki :)) Słodka jest.

W ogóle to moja córeczka jest moim skarbem! Nie mogę się nadziwić, jak szybko rośnie i jak wiele już rozumie. Kocham ją nad życie! Wszystkiego najlepszego kociaczku :**

12 grudnia 2013

Czego możemy nauczyć się od Francuzek

Jakiś czas temu pożyczyłam od koleżanki książkę Pameli Druckerman "W Paryżu dzieci nie grymaszą". Książka jest bardzo ciekawa, szczególnie dla osób lubiących temat różnic kulturowych. Autorka to Amerykanka zamieszkująca i wychowująca trójkę swoich dzieci w Paryżu. Z zaskoczeniem obserwuje francuski model wychowania i opisuje go porównując do modelu amerykańskiego. Jest tu wiele ciekawostek, drobnych rad i przykładów, pokazujących jak wychować dziecko na mądre, ułożone i inteligentne. Można się z tymi poradami zgadzać, można nie. Ale ja dziś akurat nie o tym...


Książka ma jeden rozdział, który szczególnie zapadł mi w pamięci: "Uwielbiam tę bagietkę". Traktuje on o relacjach między rodzicami i według mnie powinien być lekturą obowiązkową każdej świeżo upieczonej matki. Autorka pokazuje różnice między stosunkiem Amerykanek a Francuzek do swoich mężów czy partnerów. 

Według autorki Amerykanki są wiecznie zrzędliwe, wymagające, pragnące by partner w pełni dzielił z nimi obowiązki rodzicielskie. Nigdy nic im nie pasuje i potrafią zrobić aferę o byle co. Mają postawę roszczeniową i nie są też w stanie zdobyć się na pochwałę męża za jego pracę i wkład w utrzymanie rodziny, bo uważają, że im się to należy. Francuzki z kolei są inne. Również wymagają podziału obowiązków i pomocy przy dzieciach, ale wszystko to traktują bardziej "na luzie". Nie wybuchają, gdy mąż o czymś zapomni, nie narzekają ustawicznie i potrafią docenić drobne gesty, takie jak choćby kupienie na śniadanie ulubionej bagietki. Wynika to poniekąd z przekonania Francuzek, że mężczyzna to tylko mężczyzna i nigdy nie będzie umiał tak zajmować się dziećmi czy domem jak kobieta. Nie trudno się domyślić, że Amerykanie częściej się kłócą i przeżywają kryzysy w małżeństwie niż Francuzi. 

A piszę to wszystko dlatego, że niestety odnalazłam się w postaci matki amerykańskiej. Dzięki tej książce dostrzegłam, jak bardzo nie doceniam mojego męża, który może idealny nie jest, ale stara się i co krok pokazuje, jak ważne jesteśmy dla niego z Milenką. Nie chodzi przecież o to, żeby mąż był na nasze usługi, bo mi się to należy. On to robi, bo chce, a nie bo tak ma być. Teraz widzę, ile razy byłam dla niego niesprawiedliwa, i podziwiam go za to, że wytrzymuje moje ustawiczne zrzędzenie, poprawianie go i pouczanie. Nie każdy dałby radę...

A na dokładkę, w tym roku zapomniałam o jego urodzinach...


Gdzieś kiedyś przeczytałam, że mężczyzna wraca chętnie do domu, gdy czeka na niego uśmiechnięta kobieta. Teraz staram się zawsze witać Piotrka w drzwiach uśmiechem i wierzcie mi, że to działa. Przedtem, gdy wracał do domu był zmęczony i zły. A teraz odwzajemnia mój uśmiech i jest tak jakoś lepiej, cieplej, bardziej rodzinnie. Polecam - uśmiech czyni cuda!

9 grudnia 2013

Od nadmiaru głowa nie boli?

Święty Mikołaj odwiedził Milenkę!
Przyniósł jej w darze klocki,  sorter, bączka i piramidę z kółek.
 Za prezenty pięknie dziękujemy :)


Spytacie być może, skąd pozostałe zabawki na zdjęciu, a wierzcie mi, był ich prawie cały dywan.
Otóż, jeden z Mikołai postanowił przynieść jeszcze wór innych misiów, sorterów i piramid po swoich dzieciach. W taki oto sposób mamy aż 3 sortery, dwie piramidy, kolejną gadającą maskotkę i 4 dodatkowe misie... Co na to Milenka? Była tak skołowana nadmiarem wrażeń, że aż mi jej było w pewnym momencie szkoda.

Większość zabawek schowałam, bo myślę sobie, że będę je stopniowo Milence dawać. Ale najchętniej to części z nich w ogóle bym nie wyciągała. Bo po co dziecku aż tyle zabawek? Czy mając taki wybór jest ono w stanie skupić się na zabawie? Patrząc po dzieciach, po których te zabawki są, stwierdzam, że chyba nie. Żadna zabawka nie gości dłużej w ich rękach niż minutę. Nie potrafią też uszanować żadnej zabawki. Połowa z tych, które dostaliśmy, jest popsuta, choć to akurat nam nie straszne, bo my się bawimy nawet zepsutymi zabawkami z szacunku do nich własnie. Jednak prawdę mówiąc, poczułam się trochę jak taki "śmietnik"...

I mam dodatkowo dylemat. Staram się uczyć Milenkę szacunku do zabawek. Wymyślam jej wiele zabaw przy ich niewielkiej. Każda miś czy lalka jest u nas w codziennym użytku do znudzenia lub do zdarcia. A potem znów, bo zawsze można jeszcze jakoś wykorzystać. I teraz, gdy tyle zabawek dostaliśmy (znowu, bo to nie pierwszy raz), kłóci się to z moimi zasadami. Jak dla mnie Mikołaj powinien przynosić wyjątkowe prezenty, a nie taką ich ilość, by każdy kolejny nie robił już różnicy. Poza tym, dziecko nie powinno żyć w "sklepie z zabawkami", bo traci z nich radość i nie potrafi później docenić. 

Tylko jak to wytłumaczyć "dobremu" Mikołajowi? Przecież powinnam się cieszyć, że tyle fajnych i (co najważniejsze) markowych zabawek Milenka dostała za darmo...


Tu jeszcze przed wizytą Mikołaja       


3 grudnia 2013

Genetycznie o skazie białkowej

Powoli, ale skutecznie rozszerzam dietę Milenki. Dzięki obserwacji wiem, że na pewno uczulają ją ziemniaki i dynia. Oczywiście, białko mleka krowiego i wszystkie jego pochodne. Ale poza tym, Milenka może jeść: marchewkę, pietruszkę, cebulę, brokuły, indyka, kurczaka, królika, fasolkę szparagową, buraki, jabłka, gruszki, maliny i nektarynki. Je też chrupki kukurydziane, kaszkę jaglaną i czasem podgryza chleb, który w składzie nie ma pochodnych mleka. Całkiem nieźle :) 
Testowaliśmy też seler (!) i tu mam małą zagwostkę, bo niby wszystko w porządku, ale minimalna wysypka nad prawą kostką się pojawiła. Z pozostałych objawów - pojawiła się znów ciemieniucha. Powoli ją zwalczam, ale nie mam pojęcia czy to od selera, czy nie. Ciemieniuchę zauważyliśmy w sobotę, ale nie wiem kiedy dokładnie się pojawiła, bo długie włoski Milenki skutecznie przesłaniają skórę głowy. No cóż, myślę, że za jakiś czas wrócę do selera i będę obserwować reakcje.

A tak na marginesie, okazuje się, że ja chyba też mam skazę białkową...
Jak do tego doszłam? Przede wszystkim wiadomo, że alergie są genetycznie dziedziczne. Po kimś więc Milenka musiała skazę "dostać w prezencie". Myślałam jednak, że chodzi tylko o występowanie skazy w rodzinie mojego męża. Jednak jakiś czas temu moją uwagę zwróciła Ewa (tak, ta Ewa, którą dobrze znacie;)) mówiąc, że mam na ramionach kaszkę, która jest czasem objawem alergii. Nigdy nie zwracałam uwagi na tą kaszkę, więc nie szczególnie się nad tym zastanawiałam. Przypomniało mi się jednak, że gdy byłam w przedszkolu miałam za uszami suchą skórę, tak jak miała Milenka jakiś czas temu, i ranki trudne do wygojenia. Ostatnio natknęłam się też na artykuł w "Elle" http://www.elle.pl/uroda/artykul/bezmleczna-droga. Dał mi on mocno do myślenia. Przypomniałam sobie, że w ciąży miałam dużą wysypkę w zgięciach łokci, którą wtedy kojarzyłam z nadmiernym poceniem w tym okresie. W ciąży jadłam bardzo dużo mleka, żeby dostarczać organizmowi wapń. Do dziś bywają dni, że wysypka powraca. No i te ciągłe pryszcze, za które winą obarczałam czekoladę. 
Odstawiłam więc mleko. I muszę przyznać, że czuję się o wiele lepiej, a i cera jakoś tak się nagle uspokoiła. A dziś mówię do mojej mamy, że chyba zrobię sobie testy na alergię pod kątem skazy, a ona na to, że to bardzo prawdopodobne, że ją mam, bo jak byłam niemowlakiem to miałam czerwone placki na policzkach! Olśnienie! Szkoda tylko, że wcześniej nie mogła sobie tego przypomnieć...

I cóż robić... zastanawiam się jak temat ugryźć. Czy przejść od razu na dietę bezmleczną, czy najpierw iść do alergologa.W każdym razie cieszę się, że w końcu wiem, gdzie tkwi problem.
 

29 listopada 2013

Kreatywna babcia

Przychodzę do domu z pracy, babcia wraca do siebie.
Ale... pozostawia po sobie ślady, które pozytywnie zaskakują. Kto by pomyślał, że moja mama kreatywnością dorównuje niektórym blogowym mamom, a już na pewno mnie.

Oto co ostatnio zmajstrowała:

pojazd z pudełka po pieluchach



warkocz z metek maskotki



Coś mi się wydaje, że na nudę Milenka przy babci nie może narzekać :)

27 listopada 2013

Kilka słów po tej stronie blogosfery

Kochane!

Jest mi niezmiernie miło, że tak wiele z Was chce nadal czytać, co u nas słychać. Nie spodziewałam się tego zupełnie, myślałam, że góra dwie, trzy osoby wyrażą chęć... a tu takie zaskoczenie! Normalnie łzy kręca mi się w oczach... 

Bardzo ciężko było mi wybrać dziś opcję: blog prywatny. Zakładając blog nie brałam tego pod uwagę. Przeciwstawiłam się nawet mężowi, który próbował mnie do tego nakłonić. Wsparcie innych blogerek było dla mnie (i jest nadal) jak wsparcie sióstr, ciotek czy po prostu przyjaciółek. W jednym z pierwszych postów napisałam nawet, że blog to moja psychoterapia. 

Niestety... rzeczywistość dopadła mnie, gdy kilka tygodni temu spotkałam moją sąsiadkę. Przyznała się, że trafiła na mój blog. Nic wielkiego, bardzo lubię tą sąsiadkę - ma ponad dwuletniego synka alergika, więc często rozmawiamy na wspólne tematy. Nie przeszkadza mi to, że akurat ona odnalazła mnie w sieci. Ale skoro ona dała radę, to da radę każdy... A jak już pisałam wczoraj, nie każdego chcę dopuścić do mojego prywatnego życia. Kobiety, o których wczoraj pisałam, że są nieżyczliwe względem mnie... No cóż, do dziś moja teściowa nie odzywa się do mnie przez ich intrygi. Nie ma zrozumienia z ich strony, nie ma chęci załagodzenia konfliktu. Jest tylko czyhanie na potknięcie, błąd. Byleby dobić z uśmiechem na ustach. Wiem brzmi to strasznie, ale tak jest. Dlatego świadomość, że kiedyś, gdzieś, mogłyby tu dotrzeć sparaliżowała mnie i moje blogowanie. Powiecie: blogowanie to nie błąd, a przecież nie pisałaś nigdy nic obraźliwego, ani nic o rodzinie. Uwierzcie mi, nawet gdybym pomagała biednym, te kobiety opisałyby to jak jakąś zbrodnię. Stąd moja decyzja.

Mam nadzieję, że trochę Wam rozjaśniłam o co kaman - czułam, że jestem Wam winna takie małe wyjaśnienie.

A na koniec optymistycznie, przesyłam Wam uśmiech od Milenki :)
Dobrej Nocy!


26 listopada 2013

Czas pożegnania

Blogowanie mnie kręci, bardzo.
Kręci mnie dodawanie zdjęć mojej córki, uwiecznianie wspólnych chwil, opisywanie codzienności, pierwszych zębów, brzydkich kup, czkawek i takich tam. Po to założyłam tego bloga, żeby o tym pisać i zapamiętać naszą codzienność.

Trochę chyba naiwnie nie wzięłam jednak pod uwagę tego, że Internet jest dla każdego. Każdy może wejść na blog, popatrzeć i pomyśleć.Wiadomo, ludzie są różni i różne rzeczy myślą. Jakiś czas temu dotarło to w końcu do mnie i zaczęło mi przeszkadzać.

Bardzo długo zastanawiałam się nad sensem prowadzenia otwartego bloga. Z jednej strony poznałam w blogosferze super dziewczyny, które pomogły mi w największych kryzysach wczesno niemowlęcego wychowania. Dopingowały, radziły, po prostu były. Z drugiej strony mając teraz pełną świadomość tego, że każdy może na mój blog wejść, nie potrafię pisać o wszystkim, o czym bym chciała. Nie zamieszczam tylu zdjęć ile bym chciała. Ta świadomość mocno zaczęła mnie ograniczać. Wiem, jest opcja, by nie umieszczać zdjęć, pisać ogólnikowo, ale to mnie już niestety nie kręci.

Mówiąc konkretniej, w moim otoczeniu są kobiety, które potrafią mi bardzo zaszkodzić. Zrobiły to nie raz, z premedytacją, za moimi plecami, licząc na to, że się o niczym nie dowiem. Gdyby nie chodziło o moją rodzinę, nie przejmowałabym się tym. Jednak osoby te potrafiły oczernić mnie przed najbliższymi i przez to do dziś mam kłopoty. Świadomość, że i one mogą kiedyś dotrzeć do mojego bloga... no cóż, wyobrażam sobie jakie piekło są wtedy gotowe mi urządzić. Nie chcę przechodzić przez takie piekło i to kosztem mojej córki.

Dlatego od jutra blog będzie blogiem prywatnym. Decyzja ta zapadła już jakiś czas temu, ale musiałam dokończyć testy fotelika, a przede wszystkim żal było mi opuszczać to miejsce. Nadeszła jednak na to pora... Blog będzie zamknięty, ale gdyby któraś z Was chciała bardzo poczytać to dajcie znać, udostępnię Wam blog, ale ostrzegam będzie dużo prywaty, zdjęć, i zachwytów nad codziennością, więc pisząc krótko nudy ;)

Kochane, uwielbiam Wasze blogi i na pewno będę dalej czytać. Nie wyobrażam już sobie dni bez Was i wieści o tym, co u Waszych dzieciaczków. Dziękuję Wam za pomoc, dobre słowo, rady, milion pozytywnych myśli, energii i wiary, że damy radę jako mamy. Będę Was dalej czytać i zostawiać po sobie ślad, choć nawet nie wiem czy komuś to robi różnicę. Ale tak łatwo się mnie nie pozbędziecie ;)
Powodzenia i do poczytania!

22 listopada 2013

Projekt SAMO SIĘ - Papuguję wszystkich w koło.

Dzięki projektowi moja głowa pracuje na wzmożonych obrotach, próbując wymyślić zabawy dla Milenki. Co prawda moje pomysły z reguły są bardzo minimalistyczne i okrojone, jeśli chodzi o użycie akcesoriów. Zdaje się jednak, że mojej córce wcale to nie przeszkadza ;)

W tym tygodniu zabawy w projekcie sponsoruje:
papugowanie.

Milenka dopiero wkracza w wiek, w którym papugowanie i naśladowanie innych jest ciekawą formą zabawy. Dlatego ten tydzień raczej do owocnych nie należy. Jest jednak kilka rzeczy, które papugujemy...

Zabawa I:
kosi - kosi

Chyba każdy zna ta zabawę i wie, na czym polega. U nas na razie wersja wykonywana przez ręce mamy, które Milenka łapie i klaszcze razem z nimi. Zainteresowanie klaszczącymi rękami jest duże, radość jeszcze większa. Mam nadzieję, że wkrótce zobaczę pierwsze próby samodzielnego klaskania.

Zabawa II:
jem wtedy, gdy mama i tata

Ostatnio, gdy jemy obiad, kolację czy przekąski, Milenka wyciąga ręce do naszego jedzenia. Dlatego, gdy tylko to możliwe staram się wtedy dawać jej do ręki chrupkę albo kawałek jabłka czy gruszki, aby jadła razem z nami. Jest to takie nasze małe BLW, dzięki któremu dziecko uczy się samo jeść. Takie samodzielne jedzenie to masa radości dla małego żarłoka. A najwięcej frajdy jest wtedy, gdy śliska gruszka wyślizguje się z małych rączek i trzeba ją łapać.


Zabawa III:
papa

Machanie na pożegnanie zostało u nas opanowane dzięki mojemu powrotowi do pracy. Co rano babcia z Milenką na rękach żegnała mnie w drzwiach machając ręką. Po pewnym czasie dziecię zaczęło machać samo z wielkim uśmiechem na ustach. Teraz za każdym razem, gdy ktoś stoi w drzwiach i ma zamiar wyjść Milenka sama zaczyna machać.

Zabawa IV:
zabawa w Indianina

Najpierw mama robi "eoeoeo" przystawiając i odsuwając rękę od ust, a potem Milenka z pomocą tej samej ręki. Zabawa mnie zaskoczyła, bo nie myślałam, że gdy przyłożę rękę do ust małej, zacznie wydawać dźwięk. Milenka jednak szybko załapała o co chodzi i to uwielbia. Mam nawet wrażenie, że jest strasznie zdziwiona tym, jaki dźwięk daje przyłożenie ręki do buzi ;)


Zabawa V:
cacy cacy

Zabawa wymyślona przez babcię Milenki :) Najpierw ręką gładzimy dziecko po policzku i mówimy "cacy cacy", a potem bierzemy rączkę dziecka i gładzimy nią swój policzek mówiąc to samo. Nie uwierzycie, ale ta prosta czynność wywołuje u nas w domu salwy śmiechu. Jak mówią: mała rzecz, a cieszy.


Więcej o projekcie możecie poczytać na Facebooku

19 listopada 2013

Caretero Sport Classic - recenzja

O tym jak czas szybko przecieka przez palce, wie chyba każdy rodzic. I tak szybko właśnie minęły trzy tygodnie, w czasie których testowaliśmy fotelik samochodowy Caretero Sport Classic. Przyszła pora, aby podzielić się z Wami naszymi wrażeniami z tego okresu. 


Fotelik Caretero Sport Classic jest przeznaczony dla dzieci z przedziału wagowego 9-25 kg. Idealnie więc nadaje się dla Milenki, jako że osiągnęła już wagę 10 kg i mniejszy fotelik przestał być dla niej wygodny. Po przesadzeniu do fotelika Caretero jazda samochodem znów stała się dla Milenki przyjemnością, a dzięki pozycji w kierunku jazdy, ma ona możliwość z zaciekawieniem obserwować, co dzieje się za oknem.

 Fotelik Sport Classic posiada 5-punktowe pasy bezpieczeństwa z nakładkami naramiennymi. Bardzo cenię sobie takie nakładki na pasy – dzięki nim szyjka dziecka jest zabezpieczona przed możliwymi otarciami, szczególnie latem, gdy nie chronią jej kurtka i szalik.

Bardzo przydatną funkcją tego fotelika jest również 5-stopniowa regulacja oparcia, dzięki czemu można dopasować jego pozycję tak, aby dziecku było wygodnie w każdym momencie jazdy. Korzystaliśmy z tej opcji kilkukrotnie, szczególnie gdy Milence zdarzało się zamarudzić. Zmiana nachylenia oparcia zawsze skutkowała na plus.


Należy zwrócić tez uwagę na zagłówek. Jest on zintegrowany z oparciem fotelika i znacznie poprawia komfort jazdy. Dzięki niemu główka dziecka ma miękkie podparcie i przy zakrętach nie przechyla się zbytnio na boki.

Konstrukcja fotelika jest bardzo lekka, co osobiście bardzo mi się spodobało. Co prawda, fotelik raz zamontowany w samochodzie rzadko będzie przenoszony, jednak w razie potrzeby jest to niezaprzeczalny pozytyw. 

Podoba mi się również wykonanie fotelika. Jego jakość potwierdza staranne uszycie oraz dopracowane detale. Nie do końca przekonuje mnie tylko dobór materiału, z którego wykonane jest siedzisko. Myślę, że w lato dziecko może się od niego pocić, ale z racji obecnej pory roku nie miałam okazji tego sprawdzić. 

 Fotelik dostępny jest w bogatej kolorystyce, która trafi w każdy gust. My dostaliśmy do przetestowania wersję Dark Grey i przyznaję, że bardzo nam się spodobała.


Caretero Sport Classic nie był poddany testom zderzeniowym ADAC czy UDAC. Niemniej producent zadbał o odpowiednią certyfikację zapewniającą jakość fotelika - ECE R44/04. Warto wiedzieć, że, proces certyfikacji polega między innymi na testach przyśpieszeniowych, w trakcie których symulowane są zderzenie przednie przy prędkości 50 km/h, tylne przy prędkości ok. 32 km/h oraz dachowanie. Pozytywne przejście procesu certyfikacji daje pewność, że fotelik zapewni bezpieczeństwo każdemu dziecku.

Podsumowując, fotelik Caretero Sport Classic spełnił nasze oczekiwania. Milenka polubiła jazdę w nim, dzięki czemu możemy cieszyć się wspólnymi wycieczkami i wypadami do rodziny. Myślę, że w tej grupie cenowej jest to produkt godny polecenia.

15 listopada 2013

O życiu

Ostatnio jedna myśl chodzi mi po głowie...
 
Życie narodzone z naszego życia to cud.

I patrzę tak na to moje dziecko i z każdym dniem kocham bardziej, mocniej, więcej!
I niesamowite jest to, że to dziecko moje, to ze mnie wyszło.
I to, że go nie było, a teraz bez niego świat przestałby istnieć.
 
Krew z krwi, kość z kości.
Jest tu i teraz, a wciąż nie do uwierzenia...
 
Miłość niepojęta, nieogarnięta, nieprzeciętna.
Nieporównywalna i niepoliczalna.
Tak zwyczajna, a jednak niezwyczajna.
Jedyna.
 

14 listopada 2013

Projekt SAMO SIĘ - Za rączkę, za nóżkę.

Projekt SAMO SIĘ rozwija się niesamowicie!
Bardzo lubię oglądać na blogach innych mam, jakie zabawy wymyślają dla swoich pociech. Zauważyłam nawet, że mało które zabawy się powtarzają. To pokazuje, jak wielkie są możliwości interpretacji tematu, jak bardzo mamy blogerki są kreatywne. A najbardziej cieszy mnie to, że powstaje skarbnica zabaw dla następnych lub tych mniej twórczych (takich jak ja ;)).

Czas na podsumowanie naszych zabaw w drugim tygodniu projektu, który sponsorują:
 zabawy za rączkę i za nóżkę.

Zabawa I:
Nauka mycia rączek.

Nie jest to jeszcze nauka na poważnie, ale daje wiele możliwości poznania wody przez dotyk. Próby łapania strumienia wody, chlapanie, uderzanie o taflę wody w umywalce, łapanie mydła - czego mogą chcieć więcej rozwijające się rączki.





Zabawa II:
Łapanie guzików.

Rozkładamy guziki przed brzdącem i... już. Dziecię ma szansę ćwiczyć chwyt pęsetkowy, bo nakładkowym guzika nie da rady podnieść z ziemi. Ile frajdy jest w złapaniu guzika wie pewnie nie jedno niemowlę. Uwaga! Jest jeden minus zabawy - mama musi mieć refleks, by w porę zapobiec włożeniu guzika do buzi dziecka.





Zabawa III:
Ściąganie koralików z nóżki.

Wiadomo, zakładamy koraliki na kostkę i czekamy, aż małe rączki ściągną je z nóżki. Zabawa świetnie ćwiczy koordynację ręka - stopa i potrafi zająć na parę dłuższych chwil... dopóki korale nie zostaną rozerwane przez silne, zniecierpliwione i zawzięte niemowlę ;)




Zabawa IV:
Ściąganie spinaczy z nogawek pajaca.

Podobnie jak wyżej, dziecię ma za zadanie ściągnąć z nóżki przedmiot. Tym razem są to spinacze przyczepione do nogawek pajaca. Efekty zabawy jak wyżej, tyle że nic nie zostaje rozerwane (nawet uchowały się nogawki).



Zabawa V:
Słonik! Do nogi!

Kładziemy małego szkodnika na plecach na kanapie, tak by nóżki opierały sie o poduszki. Na szczycie poduszek kładziemy maskotkę - w tej wersji słonik. Kopiąc i wierzgając małymi kończynami dziecko wprawia poduszki w drżenie, które z kolei powoduje, że maskotka spada na brzuszek brzdąca. Efekt - nie mam pojęcia. Ale radość i śmiech, gdy słonik ląduje na brzuszku są nie do opisania :).





A jak się bawią pozostałe mamy i ich pociechy możecie zobaczyć na Facebooku.

13 listopada 2013

Liebster Blog Award IV + Versatile Blog Award

Sypnęły się nominacje jak z rękawa dobrej wróżki ;)
Jestem bardzo wdzięczna Magdzie z bloga W biegu pisane, Annie z bloga ...marny puch! i Kindze z bloga Drugi etat za wyróżnienia, które doceniam, bo coraz mniej mnie tutaj, a jednak chcecie się czegoś o mnie dowiedzieć.

Przejdę od razu do rzeczy, gdyż pisania będzie sporo.

Liebster Blog Award

Pytania od Magdy:
1. Hej czy Wilki?
stary Hej
2. Twój zakupowy hit ostatniego miesiąca:
brązowa torba z Orsaya
3. Czego w Tobie więcej pokory czy uporu
zaczyna się zwykle od uporu, a kończy na pokorze
4. Ukochana książka:
trylogia Tolkiena
5. Częściej płaczesz ze wzruszenia czy złości
po równo ;)
6. Twojej drugiej połówki powinniśmy Ci zazdrościć bo jest
przede wszystkim cierpliwy ;) no i sexy :))
7. Jesteś oszczędna
niestety kiepsko mi to wychodzi, ale życie uczy...
8. Czego nie umiesz odmówić swojemu dziecku
póki co nie ma takiej rzeczy, bo Milenka nie ma zachcianek
9. Co robisz, żeby poprawić sobie humor?
do niedawna jadłam czekoladę, teraz pozostało mi już tylko czytanie blogów
10. Za co lubisz siebie najbardziej
za umiejętność słuchania innych

Versatile Blogger Award 
 
od Kingi i Anny, czyli siedem faktów, których o mnie nie wiecie:
1. Mam 31 lat.
2. Na studiach nosiłam stały aparat na zęby.
3. Prawie rok czasu spędziłam w Brukseli, gdzie studiowałam, a później pracowałam jako kelnerka.
4. Gdy opowiadam, często pokazuję to też rękami, przez co wiele osób ma dodatkowy ubaw ;)
5. Moje ukochane lody to Śnieżki.
6. Uwielbiam polskie morze, marzę by nad nim zamieszkać.
7. Kocham Lennego Kravitza - mam wszystkie jego płyty.


Do zabawy w Versatile Blogger Award zapraszam:
 
Udanej zabawy! 

8 listopada 2013

Nieszczęścia chodzą parami

Czartek, późne popołudnie, godzina 18.00
 Miksuję zupkę brokułową jak co dzień od kilku miesięcy.
Zupka wrząca jest, dopiero co zestawiona z gazu.
Chwila nieuwagi --> gęsta gorąca zupka ląduje na moim palcu...

Szczypie, piecze, parzy. 
Wylany litr łez.
Wieczór spędzony z palcem pod strumieniem zimnej wody.
Czerwona plama na palcu zostanie ze mną pewnie na dłużej...

Piątek, rano, godz. 7.50
 Jadę do pracy samochodem jak co dzień od miesiąca.
Rondo, zawracam.
Chwila czyjejś nieuwagi --> facet wjeżdża mi w tylne lewe drzwi...

Uderzenie głową w szybę, szok, nerwówka.
Obrażeń fizycznych brak, samochód do naprawy.

Czy mam się w związku z tym cieszyć, że już zaliczyłam pechową parę i teraz będzie tylko lepiej?

6 listopada 2013

Projekt SAMO SIĘ - Wstążka, sznurek, sznurowadło.

Projekt SAMO SIĘ ruszył pełną parą!

A u nas, na przekór - moja kreatywność spadła poniżej zera, a Milenka, jak na złość, do zabaw wyznaczonych w pierwszym tygodniu nie rwie się ani trochę... 

A pierwszy tydzień zabawy sponsorują:
wstążka, sznurek, sznurowadło

Zabawa I:
Przez długą wstążkę przewiązujemy ulubiony gryzak dziecka ząbkującego i... kusimy.

Chęć zdobycia obiektu pożądania powoduje napięcie mięśni do tego stopnia, że małe ciałko zaczyna przemieszczać się do celu. Następuje niecierpliwe złapanie gryzaka, próba włożenia do paszczy i... zonk! Dzięki wstążce zabawka znów ląduje poza zasięgiem małego gryzonia.


Gorzej jak silne dziecię tak mocno złapie zdobycz, że matka trzymająca władzę, czyli wstążkę, nie ma siły jej odciągnąć. Wtedy następuje starcie, w którym nie rzadko wygrywa gryzoń, bo jak nie wygrywa, to płacz i zgrzytanie zębami.


Zabawa II:
Wkładamy w łapki wstążkę lub łańcuszek do przyczepienia smoczka.

Wymyślenie tego zajęcia szczytem kreatywności nie jest. Zabawa rozwijająca być może też nie. Ale... dziecko ząbkujące potrafi się na niej skupić dobre 10 minut. Jest co wsadzić do paszczy, jest co gryźć. Cóż więcej do szczęścia gryzoniowi potrzeba.


*Pamiętajmy, by nigdy dziecka nie zostawiać samego w czasie zabawy ze wstążkami, sznurowadłami czy sznurkami.

3 listopada 2013

Pa pa czekolado!

Czekolada.... kocham, kocham, kocham!

Wielka miłość od pierwszego wejrzenia.
Uwielbiam pod każdą postacią...

...taką:

taką:

taką:

i taką:

A wszystko zaczęło się w ciąży z Milenką - miałam wtedy niepohamowany apetyt na wszelkie słodycze. Do tego stopnia, że mąż kilka razy musiał specjalnie chodzić po nie do sklepu. Upodobałam sobie szczególnie czekoladę i potrafiłam zjeść nawet dwie tabliczki dziennie. I tak zostało, z niedługą przerwą na karmienie piersią... Jeśli w domu jest czekolada, lub inny słodycz nią pokryty lub nadziany, to do wieczora się nie uchowa. W pracy za przekąskę służy mi zwykle batonik, albo cukierek czekoladowy. Do kawy czekolada, wieczorem też. I tak sobie razem słodko żyjemy.
Miłość ta jednak ma swoje ciemne strony. Oprócz wiadomej - zbędnych kilogramów na brzuchu, dochodzi jeszcze brzydka cera. I o ile tłuszczyk już na mnie nie robi wrażenia, to problemy z cerą zaczęły mnie delikatnie mówiąc wkurzać. Niestety, nadmiar czekolady od razu widać na mojej twarzy - pojawiają się pryszcze, zaskórniki, wągry. Skóra się świeci i jest nie do okiełznania. Nic nie pomaga, a każdy bardziej czekoladowo intensywny dzień kończy się kolejną skórną niespodzianką.
Dlatego dziś spoglądając na siebie w lustrze postanowiłam skończyć z tym raz na zawsze. 
Mówię czekoladzie: PAPA!

Będzie ciężko - miłość jest wciąż niewygasła, a obiekt westchnień leży w szufladzie ze słodyczami...
Ale czas działać, koniec wymówek, chcę mieć ładną cerę!Zdrowe przekąski nadchodzę!

I tu prośba do Was, dziewczyny: macie może pomysły na zdrowe przekąski? Coś co jest smaczne, łatwe do przygotowania i zjedzenia też w pracy? Jeśli macie jakieś sprawdzone przepisy to piszcie.